finally NY!

Stało się. Po półrocznych przygotowaniach, hektolitrach wylanych łez, pomieszania z poplątaniem. Jestem w USA !

Na nic zdały się moje obietnice, że spakuję się już tydzień przed wylotem, ogarnę wszystko, żeby ostatni tydzień w Polsce nie robić nic innego, tylko odpoczywać, spotykać się ze znajomymi i wpisywać w grafik tylko i wyłącznie przyjemne rzeczy. Tym oto sposobem, moje obietnice skończyły się na pakowaniu walizek na 3 godziny przed wyjazdem, totalnym zmęczeniem i podkrążonymi oczami i kupowaniem prezentów dwa dni przed wyjazdem.

Jeśli o prezenty chodzi, bo kilka z Was pytało, to :
  • Host mama dostała ręcznie malowane filiżanki, niestety nie pokażę zdjęcia, ponieważ już w sklepie Pani spakowała mi je do folii bąbelkowej i owinęła milion razy, żeby przeżyły podróż. Nie chciałam w związku z tym odpakowywać ich w domu. Powiem tylko, że są ładne ;p I że owszem, doleciały safe and sound :) A, i jeszcze album o Wadowicach!
  • Mały T. dostał koszulkę polskiej reprezentacji ze swoim imieniem i wiekiem, wodne malowanki z samochodami i słodycze.
  • Obecnej au pair - Renacie, kupiłam bransoletki. Podobały się jej ogromnie :)
  • Wprawdzie ''Babci'', czyli mama mojej hostki nie mieszka z nami, mieszka w jakiejś innej miejscowości i jeszcze nie miałam okazji jej poznać, ale mówi po polsku i bardzo czekała na mój przyjazd, więc postanowiłam też przywieźć jej coś. Jest to przekład wierszy Szymborskiej na język angielski wraz z płytą ( jakaś jazzowa aranżacja ).
  • Dla LCC miałam nic nie kupować, ale stwierdziłam, że dodatkowe pudełko słodyczy w walizce mi nie zaszkodzi;)



Pożegnania. Dzień wyjazdu, czyli 23 września był dla mnie bardzo, hm..dwuznaczny. Fakt, że był początkiem czegoś nowego sprawiał, że byłam ogromnie podekscytowana i ciekawa, ale te uczucia zostały zdominowane przez strach, rozpacz, żal, ból, smutek, lęk, naprawdę, wierzcie mi, wszystko co najgorsze. Zaskoczyłam samą siebie, nie sądziłam, że aż tak bardzo to przeżyję. Tylko i wyłącznie ze względu na te skrajne emocje, uważam 23.09.2013 za jeden z najgorszych dni mojego życia. Niedziela, czyli ostatni dzień pożegnań wykończył mnie doszczętnie. Gdyby chociaż moi znajomi i bliscy ułatwili mi to i nie płakali, to byłoby łatwiej. Nie zdążyłam spotkać się ze wszystkimi i bardzo tego żałuję. Rada: nie odkładajcie niczego i przede wszystkim nikogo na później. Nawet jak wyjeżdżacie za miesiąc...Nieważne jak bardzo zorganizowane jesteście , zawsze wychodzą jakieś nagłe sprawy, które krzyżują plany i uniemożliwiają np. spotkanie z kimś bardzo ważnym.

Lot
Po tych wszystkich smutkach i smuteczkach mogę powiedzieć, że potem było już tylko lepiej.
Leciałam samolotem liniami LOT bezpośrednio z warszawskiego Okęcia do JFK NY. W piątek, czyli 4 dni przed wylotem dowiedziałam się, że aktualny lot został odwołany, bo w naszych fantastycznych defectlinerach zapaliły się znów kontrolki wskazujące awarię. No zajebiście! Pierwszy raz naprawdę przestraszyłam się śmierci;p
Ale..tadam..Lot był naprawdę bardzo fajny. Po 10 minutach od wylotu dowiedzieliśmy się, że na pokładzie jest gość specjalny, Bronek Komorowski :D Jak mi uświadomili, że lecę z prezydentem, to stwierdziłam, że jest małe prawdopodobieństwo, żeby drugi z kolei znowu zginął w katastrofie lotniczej, więc byłam spokojna i o niego i o siebie :D
Jedyne co... kurczak na obiad na pokładzie zniszczył moją psychikę i podniebienie. Jeśli zostanę wegetarianką, to właśnie przez niego. Ble! Ale ogólnie bardzo w porządku, bez żadnych turbulencji. Jest trochę muzyki, filmów. Mi podróż umilili Floydzi, Michael Buble, Maryla Rodowicz i Alicia Keys :) Lot długi, ale w sam raz, żeby trochę rozładować napięcie i psychicznie zacząć przygotowywać się do nowego życia :)

Agencja, z którą jestem to APC. Na ich temat oraz całego Orientation mam naprawdę strasznie dużo refleksji i napiszę o tym osobnego posta, żeby niektórych ostrzec, bądź psychicznie i organizacyjnie nastawić przyszłe au pair, które wybierają się z tą agencją. Dotyczy to bagażu, który możemy zabrać ze sobą do pokoju ( tylko jedna walizka na kółkach może jechać z nami do pokoju, druga, jeśli ma kółka, zostaje w magazynie ), kosmetyków, wycieczki do NY i wszystkich chwytów, które agencja stosuje by zarobić na nas pieniążki. No i także Pre-departure project. Postaram się to zrobić jutro bądź dziś wieczorem :)

Host family
U mojej rodzinki jestem już dobę i również opiszę wszystko w kolejne notce. Po pierwsze nie chcę, żeby ta była zbyt długa. Po drugie zaraz będę musiała odebrać Młodego z przystanku. Póki co jestem z ich obecną au pair, która uczy mnie wszystkiego, więc nie pracuję jeszcze oficjalnie, tylko się wdrażam. Okolica jest przepiękna, mój dom i pokój również. Czuję się jak w domu, mimo, że póki co te uczucia są bardzo niestabilne i nieokreślone, ale naprawdę wiele wskazuje na to, że mogę tu być naprawdę szczęśliwa :)

Na chwilę obecną wystarczy!
Jestem cała, zdrowa, zadowolona i na terenie USA jeszcze nie miałam powodu do płaczu, więc jest dobrze ! A nawet bardzo :)

Z Rockville Centre, NY, pisała do Was...

P. ;)

6 komentarze:

Anonimowy pisze...

a jak język? wszystko rozumiesz i potrafisz powiedzieć?

Anonimowy pisze...

Awww ciesze się ze Ci sie wszystko dobrze uklada ;)

KamilaMJ pisze...

:D

Aleksandra Sobota pisze...

Wszystko będzie dobrze ;) do zobaczenia w Nowym Jorku!!!

Patrycja Żak pisze...

Z językiem w porządku, o ile na orientation było łatwiej, ponieważ każda z au pair była, powiedzmy, na podobnym poziomie, o tyle teraz jak muszę się przestawić na język 'dziecięcy' jest troszkę trudniej, ale wystarczająco do komunikacji. No i motywuje mnie to do nauki :) Zamierzam podjąć kurs językowy tutaj w ramach kredytów. I jak nie znam jakiegoś słowa, to po prostu pytam :)

Nadia Tomczak pisze...

AAAAAAAAAAAAAAAAA mega super zajebiscie <3 pisz pisz pisz pisz wszystko bo chce wiedziec!!! No i dawaj zdjecia!!! :D:D:D

Prześlij komentarz