10

I keep on fallin' ...

Zdążę ? Zdążę !
Mimo, że czas polski pokazuje już 24 stycznia, u mnie nadal jeszcze 23. Tak, zdążę napisać nowego posta mając nadal 22 lata. Za 2 godziny będzie już za późno. Lata lecą. W moim sposobie świętowania swoich urodzin cieszy mnie jedno: mimo, iż zwykle 'uwielbiam' się rozczulać nad pewnymi sprawami, tym bardziej w jakieś święta, rocznice, szczególne dni, cokolwiek,  potrafię do znudzenia wspominać, rozkminiać, bujać w obłokach (czego dowodem są moje posty), o tyle urodziny traktuję zawsze na pełnym luzie, z dystansem i z uśmiechem na twarzy bez zbędnego pitolenia :)
Tak więc, happy birthday to me ! :D No i pierwszy raz w życiu urodziny będę obchodzić nie 24h , a 30 !
Miało obyć się bez fajerwerków, chciałam spędzić urodziny w skromnym gronie w ulubionej knajpie i podejrzewam, że jutro tak to właśnie będzie wyglądało. Jednak na sobotę planujemy zaszaleć i prawdopodobnie zaliczyć w końcu konkretną imprezę w NYC łącznie z przejażdżką limo. Jeśli wypali, to na pewno namiastka wrażeń znajdzie swoje miejsce również tutaj.

Tymczasem ...
Poprzedni tydzień wyjątkowo stabilnie. Dni zaplanowane od rana do wieczora, co skutkuje pewnymi zaległościami i bałaganem w pokoju. Jednak cieszy mnie to bardzo. Poranki po odprowadzeniu Młodego na szkolny autobus spędzam na siłowni, później na mieście zwykle na kawie i ploteczkach z którąś z moich dziewczyn. Dużo czasu zajmuje mi też sam spacer do centrum i z powrotem (Boże, zastanawiałam się przez chwilę czy pisze się 'z powrotem' czy 'spowrotem' ... tak, ja - zwyciężczyni konkursu ortograficznego w 6 kl.podstawówki ), przez co czas wolny w domu ogranicza się do szybkiego ogarnienia chaosu, spełnienia domowych obowiązków i biegu z prędkością światła na autobus po Małego.

Od soboty grafik był trochę bardziej szalony.
Opuściłam szkołę na rzecz pozostania z moim Młodym, gdyż hostka miała baby shower, na który musiała jechać prawie 3 godziny. Tym sposobem zafundowaliśmy sobie z małym T. dzień pełen przyjemności, który skończył się takim zmęczeniem,że jedyną czynnością, jaką Młody mógł wykonać, było oddychanie i sięgnięcie po pilota.
Posiedzieliśmy w bibliotece, później zahaczyliśmy o jego nowe zajęcia na karate - grappling, zjedliśmy pizze i lody, po drodze zahaczyliśmy o sklep z zabawkami i mały T. wyszedł z niego z nowym zegarkiem, a na koniec pojechaliśmy do kina. Kolejny raz po całym dniu spędzonym ze sobą nie mieliśmy siebie jeszcze dość, sukces !

Niedzielę spędziłam na au pairkowym meetingu, tym razem spotkałyśmy się na łyżwach w Bryant Parku. Miałam to w planach na sezon zimowy, więc jak najbardziej trafiony wypad.


zmęczony boy 

 Nie chcąc marnować dnia, postanowiłyśmy z dwiema Moniami wybrać się do tajskiej restauracji, na którą jedna z Moń miała ochotę już od dawna. Tym sposobem udałyśmy się na 9th Ave w poszukiwaniu polecanej Yum Yum Bangkok.

W drodze przez chwilę oczy zapłonęły mi jak zapałki, a po ciele przeszedł dreszcz, gdy zobaczyłam to :


...

Wybór restauracji był jak najbardziej trafiony, żałuję tylko, że ogromna porcja ograniczyła nas jedynie do dania głównego, ale jeszcze tam wrócę na banany w cieście :)

Poniedziałek - Martin Luter King Day, zatem dzień wolny od szkoły i pracy. Nie dla au pair rzecz jasna. W takie dni, oczywiście nigdy nie wiem jak pracuję, więc staram się po prostu być w zasięgu. Łyżew miałam mało, zatem wraz z hostką i Młodym pojechaliśmy na lodowisko w naszej okolicy.
Lodowisko to naprawdę fajna miejscówka do poznania kogoś. Zawsze można się z kimś zderzyć brzuchem albo złapać za rękę, ewentualnie wypierniczyć pod czyimiś nogami :D Tego dnia akurat miałam niesamowite  szczęście do osobników płci męskiej, jednakże ze średnią wieku : 7-10. Close enough.

Upragniony wtorek przyniósł ze sobą zimowe szaleństwo. Tradycyjnie oczywiście zaskoczeni zimą Amerykanie postanowili pozamykać wszystko, co się da i wykupić 90% produktów ze sklepów. Nie przestanie mnie to dziwić, nigdy. Dzień wcześniej dostają tak szczegółowe informacje na temat pogody, że wiedzą dokładnie w której minucie zacznie padać śnieg i ilu centymetrowa będzie warstwa śniegu, jednak traktują to co najmniej jak nadejście apokalipsy. No cóż.

Środa w związku z tym dłużyła mi się niemiłosiernie. Patrzyłam za zegarek, i dosłownie po 2 godzinach okazało się, że minęło 7 minut. Z nieba spadł nam pomysł wypadu na sanki na całe popołudnie, dzięki czemu dzień został odratowany i w rezultacie zaliczony do całkiem udanych.

I nadszedł czwartek, powrót do życia i jednocześnie ostatni dzień dwóch dwójek na moim życiowym liczniku :) 

Co mogę powiedzieć ? Przechodzę z 22 schodka na 23 z uśmiechem na twarzy, radością w sercu i motylami w brzuchu. Tak, tymi motylami w brzuchu ... Wygląda na to, że wkrótce będę musiała Wam kogoś przedstawić :)

Trzymajcie się ciepło !

P.


PS. Czytam Wasze posty i z każdym z Was jestem na bieżąco! Tylko na komentarze czasu brak - ogarnę chaos i obiecuję mocne postanowienie poprawy!









6

it's time to ... Broadway !

W zeszłą sobotę udało mi się spełnić kolejne marzenie, o którym krótko wspomniałam w ostatnim poście.
Teraz, będąc już 'po', mogę powiedzieć nieco więcej.
Tak, miałam okazję obejrzeć najprawdziwszy musical w najprawdziwszym teatrze na najprawdziwszym Broadway'u :)
Być może część z Was widziała film 'Once', który wyróżnia się naprawdę niesamowitą ścieżką dźwiękową, przy której niejednokrotnie miękłam. Tym razem miałam okazję zobaczyć spektakl w Bernard B. Jacobs Theatre. Wraz z Monią podekscytowane byłyśmy już od rana i radości nie było końca jeszcze długo, długo po. Nie wiem, czy wiecie, ale (podążając za informacjami z mojego niezastąpionego Pascalowskiego przewodnika) najsłynniejsze teatry Broadway'u nie znajdują się dokładnie na tejże ulicy, ale na 42. ul., pomiędzy 7th i 8th ave. Tam właśnie też czekała nas moc wrażeń, która zaczęła się od pytania "za czym kolejka ta stoi", gdy po dotarciu na miejsce naszym oczom ukazała się gigantyczna koleja. Dodatkowo zima nas w ostatnim tygodniu trochę 'rozpieściła', więc na chwilkę miny zrzedły jak nie pozostało nic innego, jak tuptać w miejscu i uzbroić się w cierpliwość.


czekamy, czekamy...

Musical był piękny, naprawdę niesamowita oprawa muzyczna. Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Kolejny raz poczułam TO, będąc TAM ! Jestem pewna, że to dopiero początek przygody z Broadway'owskimi teatrami, gdyż na liście mam jeszcze kilka pozycji, na które z radością odłożę trochę au-pairkowej wypłaty :)

i tuż przed :)

i złapałam nawet Pana, w którego głosie się za-ko-cha-łam !


Polecam, naprawdę warto ! Myślę, że każda/każdy z nas powinien na swojej liście 'to do in US', szczególnie z okolic NY, umieścić chociażby jedną wizytę w Broadway'owskim teatrze :)

A co poza tym ? Względnie, można powiedzieć, minęło świąteczne i noworoczne szaleństwo i tygodniowy grafik wrócił do dawnego schematu, który tak bardzo uwielbiam :)

Moje wyrabianie tutejszego prawa jazdy rozłożyło się mi ogromnie w czasie, bo wraz z hostką mamy tendencje do odkładania wielu spraw na później. Jednak w mijającym tygodniu miałam dwie jazdy z instruktorem i na chwilę obecną mogę powiedzieć, że już teraz uwielbiam tu jeździć :) Przed egzaminem mam jeszcze dwie lekcje w tym tygodniu, czeka mnie też 5-godzinny kurs teoretyczny i egzamin, którego daty jeszcze nie zarezerwowałam. Ale, jak kiedyś wspomniałam, na temat prawa jazdy napiszę kiedyś osobny post, jak już będzie po wszystkim i będę miała na czym bazować :)

Zima dała nam trochę popalić, najgorsze dni to chyba wtorek i środa, kiedy z moim Małym aż biegliśmy z przystanku do domu, bo zimno czułam nawet w żołądku.  Fajnie było, posypało, pomroziło, teraz już podziękujemy i z niecierpliwością czekamy na wiosenny powiew.

Co jeszcze ? Rozpoczęłam dzisiaj szkołę na BMCC, kurs : preparation to TOEFL.Po dzisiejszym 4godzinnym (!) teście wiem, że będzie ciężko, ale damy radę. Na kursie oczywiście same au pairki, naprawdę poza au pairskim gronem nie było nikogo 'normalnego' ;p 
Całe szczęście wyjechałyśmy z domu wystarczająco wcześnie, żeby się zgubić i zdążyć odnaleźć. Zamiast skierować się na adres, który miałyśmy podany w mailu, powędrowałyśmy do budynku głównego collegu, który był totalnie nie tam, gdzie powinnyśmy się znaleźć :)
Pan z ochrony nie miał pojęcia gdzie nas skierować, podobnie jak i my same, a to, że jesteśmy w niewłaściwym miejscu wyszło w taki sposób :

-Which floor do you have your classes, do you know?
-Yup, 8th floor, I'm sure!
-Mhm, OK, but we don't have 8th floor here.

                               

Przypomniały mi się stare, dobre czasy, gdy totalnie nie ogarniałam systemu na studiach. Dodam jeszcze, że oczywiście kilka dni temu dostałam przesyłkę z niewłaściwą książką, więc już dziś miałam ochotę na wejściu zgłosić 'NP' :) Tak właśnie wyglądały 3 lata moich studiów, wiecznie spóźniona, z jedną zmiętą kartką, na której dziubdziałam jakimś długopisem, zazwyczaj nie swoim. Cóż, niektóre rzeczy się nie zmieniają.
Pogoda nam dzisiaj nie dopisała, Nowy York deszczowy, pochmurny i mglisty, więc jedyne co udało nam się jeszcze dziś odwiedzić to National Museum of the American Indian, które znajduje się dosłownie na przeciwko naszej szkoły. 

I to chyba tyle z tygodniowego sprawozdania.
A, no może jeszcze dodam, że mój Mały stracił dziś pierwszego zęba i czeka dzisiejszej nocy na Tooth Fairy. Przyjemnie było dziś, po dosyć męczącym dniu, zarwanych ostatnio kilku nocach, wczorajszym chillowaniu 'tam gdzie zawsze', wrócić wieczorem do domu totalnie zmęczonym i przytulić się do tego Małego Potwora :) 

W sprawach prywatnych również nadeszło czyste szaleństwo, ale ... to innym razem :)

Pogodnej niedzieli i dużo uśmiechu w poniedziałkowy poranek !

P.




6

Szczęśliwego Nowego Yorku :)

Zaległości,zaległości ..

Witam w nowym roku ! Ciężko mi uwierzyć, że w ostatnim poście jeszcze składałam świąteczne życzenia i cieszyłam się swoją 3-miesięcznicą, podczas gdy obecnie mamy już 2014, a dokładnie wczoraj minęło mi 100 dni, które swoją drogą przegapiłam :)

Wypadałoby zacząć od początku, ale obiecuję, że po każdym zdaniu, zanim postawię kropkę i przejdę do kolejnego, przeliczę liczbę słów i skrócę co najmniej o połowę. Tym sposobem powinnam właśnie obciąć poprzednie zdanie ;p No dobra, do dzieła!

Christmas Time
Obaw było sporo, nie tyle o tutejsze świętowanie, ale o brak bliskich mi osób. Od kilku lat miałam w zwyczaju ryczeć u siebie na Wigilii tak po prostu, ze wzruszenia. W ten dzień więc z rana czytając wiadomości od rodziny i przyjaciół pękłam. Wisienką na torcie był skype z mamą, gdy po 20 minutach rozmowy i zaciskania zębów wybuchnęłam płaczem zalewając klawiaturę. Składanie życzeń tak ważnej osobie beż możliwości rzucenia się Jej w ramiona nie należy do rzeczy przyjemnych. Z własnej woli ominęłam jednak możliwość siedzenia w ekranie komputera 'na' Wigilijnym stole z rodziną. Dałam sobie trochę czasu rano na porozsyłanie życzeń i chwilę wzruszenia, po czym postanowiłam się od tego odciąć i celebrować tutaj, bo wiedziałam,że czeka mnie przecież dużo dobrego. I tak też było. Święta spędziłam we Florydzie. Nie mówię NA Florydzie, bo Floryda, w której byłam,to miejscowość w stanie NY ;p

Na uroczysty obiad do Babci zjechała się cała rodzina, wszystkie ciotki, wujki, kuzynostwo, których imiona śniły mi się po nocach, a wyobraźnia kreśliła drzewo genealogiczne, żebym czasem nie pomyliła, kto tu jest bratem i siostrą,a kto mężem i żoną. I tam nie obyło się bez wzruszeń. Babcia, o której niejednokrotnie wspominałam, ma polskie korzenie, zatem uroczysty obiad miał sporo polskich akcentów. Były pierogi, było też składanie sobie życzeń i dzielenie się opłatkiem, były też moje krokiety, które rozeszły się w mgnieniu oka :) Babcia złożyła mi piękne życzenia po Polsku, do których podobno od dwóch dni się przygotowywała,a Jej zaangażowanie sprawiło, że Im również pokazałam moją płaczliwą naturę ;)
Ta uroczystość na pewno rządziła się innymi niż polskie prawami, więcej tam było przystawek i przekąsek (jak na każdej imprezie, na której dotychczas z nimi byłam) niż głównych potraw. Daruję sobie jednak porównania do tradycyjnej polskiej Wigilii, które i tak niewiele wniosłyby do mojego życia :)

Szaleństwo prezentów było i u nas, jednak z umiarem. Umiar nie dotyczył jedynie Małego T., którego prezenty zapełniły jakieś 3/4 pokoju. W niespodziankę dla Niego zaangażowali się wszyscy, zatem Młody przez najbliższe parę lat nie będzie świadomy, jak w ciągu 3 minut z salonu zniknęły talerze, stoły, krzesła, a pozostała jedynie masa prezentów od Mikołaja, który...też nie wiadomo którędy dostał się w okolice choinki. Tak, 28 osób potrafi zdziałać cuda ;)
Prezenty dla pozostałych były bardziej symboliczne, choć też nikt na nikogo nie żałował. Ja powiększyłam zawartość szaf i półek o ubrania, kosmetyki, biżuterie i jakieś drobne gadżety :)
Najwięcej radości sprawiła jednak wszystkim gra Yankee Swap. Wyczytałam, że to rozrywka, która towarzyszy wielu uroczystościom, szczególnie właśnie w okresie Świąt Bożego Narodzenia i jest popularna głównie w US i Kanadzie. Każdy musiał przygotować wcześniej jeden prezent, uniwersalny. Losowaliśmy numerki, a później za ich kolejnością każdy wybierał sobie jeden prezent, oczywiście zapakowany, więc nie wiedzieliśmy, co jest w środku. Każda osoba musiała rozpakować swój prezent przy wszystkich i jeśli miała życzenie, to mogła swoją paczkę wymienić z prezentem osoby, która już swój wcześniej odpakowała. Na początku wydawało mi się to trochę bezcelowe, ale zrozumiałam, gdy zobaczyłam minę Wujka Deen'a, który wylosował różowe kapcie z pomponami, bądź nowego, prawie-członka rodziny - Darrena, z 5 kilogramami ziemniaków :) Tak więc 'wigilijny' obiad zakończyliśmy sporą dawką śmiechu.

Drugi dzień Świąt to uroczysty obiad u siostry mojej hostki, u której zresztą nocowaliśmy. Tu już bez fajerwerków, jednak nadal w miłej atmosferze. To w zasadzie był już ostatni element tego wielkiego zgromadzenia, zaraz po obiedzie wszyscy się pożegnali i porozjeżdżali każdy w swoją stronę. My zostaliśmy do kolejnego ranka, żeby jeszcze trochę odpocząć. Ze mnie chyba zaczęły schodzić emocje, bo dostałam gorączki i resztę pobytu spędziłam w łóżku trzęsąc się z zimna i dusząc z gorąca na zmianę.

Jedna z moich koleżanek trafnie oceniła, że w tym roku nie miałyśmy Świąt Bożego Narodzenia. Miałyśmy po prostu Christmas. Na pewno było to coś, innego, ciekawego i przerosło moje najśmielsze oczekiwania ze względu na to, jak mile zostałam przyjęta i jak wiele starań dostrzegłam ze strony każdego członka rodziny. Miło.

Namiastka świątecznego szaleństwa 

Najpiękniejsze łóżko, na jakim kiedykolwiek spałam ! :D

Święta, Święta ...i po Christmas :)
Już od początku tamtego świątecznego tygodnia zastanawiałam się, jak wyglądać będzie mój grafik. Przyzwyczaiłam się już do tego, że żyję bez grafiku i w weekendy oraz dni, gdy moja hostka nie pracuje, nigdy nie wiem jak wygląda mój plan pracy. Moja hostka należy do tego typu rodziców, którzy jak tylko mogą, to spędzają wolną chwilę ze swoim dzieckiem. Ale aż 10 dni nic nie robienia ? Nawet już teraz, gdy Święta za nami, ja nadal nie wiem czy pracowałam,a jeśli tak, to ile ;p Podział obowiązków na ten czas dni wolnych od szkoły przebiegł jednak dosyć płynnie. Młody zapisany był na gimnastykę, jakieś dodatkowe zajęcia w centrum dla dzieci zaraz niedaleko naszego domu, przeleciało to zatem niesamowicie szybko i obawy na temat tego, co z Nim robić przez te niemal dwa tygodnie, same zniknęły. Przez Święta nie pracowałam w ogóle, Młody był w centrum zainteresowania całej rodziny, więc dosłownie mijaliśmy się tylko co jakiś czas. Również od czwartku, czyli dnia w którym wróciliśmy od Babci, więcej czasu spędzał z hostką, a ja mój wolny czas spożytkowałam na wyrzutach sumienia związanych z 'nicnierobieniem' ;p Żeby i swój grafik zapełnić, spotkałyśmy się tradycyjnie już z moimi dziewczynami w piątek, żeby poplotkować, choć przyznam, że to był jeden z moich najsłabszych dni tutaj. W sobotę na poprawę humoru wybrałyśmy się nad ocean, naładowałam więc akumulatory pozytywną energią.

Zgubiłam jakiś czas temu rękawiczkę. Wróciła do mnie jako najlepszy prezent świąteczny ever. Podejrzewam, że te ozdoby były więcej warte, niż ona sama:)

Long Beach

Monia 

I nasza promenada 

Sylwester !
Plan był taki, że planu na początku nie było. Nie miałam ciśnienia na huczną imprezę, bo ostatnio naprawdę najwięcej radości daje mi spokojny chill przy drinku w jednej i tej samej, ulubionej zresztą knajpie. Niesamowite, że to właśnie w Nowym Yorku stałam się najspokojniejszą wersją Patki w przeciągu ostatnich kilku lat :) Przynajmniej na razie. Ostatecznie jednak postawiłam na domówkę u kolegi z Brazylii, którego nigdy wcześniej nie miałam jeszcze okazji poznać. Z Polskiej ekipy wybrała się ze mną Monia N., a znalazłyśmy się tam dzięki Sarze i Camili, która jest przyjaciółką gospodarza. Z założenia wyglądało to wszystko dosyć sprawnie. Apartament z rooftopem na Upper East Side, niewielka ilość ludzi, plan wyjścia do okolicznych barów. Z założeniami wprawdzie troszkę się minęliśmy, ale to dobrze, bo spędziłam jednego z lepszych, jeśli nie najlepszego(!) Sylwestra w swoim życiu :) Świadczyć może o tym jedynie to, że prawie w ogóle nie mamy zdjęć, co tłumaczymy tym, że było tak dobrze, że nikt o nich nie myślał. W zasadzie to jakaś głupota! Nawet ja, średnio nazwałabym się zwolenniczką robienia zdjęć, ale nie mogę sobie wybaczyć, że nie zrobiliśmy chociaż jednego wspólnego zdjęcia o północy na dachu nowojorskiego apartamentowca z widokiem na Manhattan na tle ogromnych fajerwerków. Naprawdę nie wierzę. Jedyne zdjęcie jakie mam, to z początku imprezy, gdy mając jeszcze wówczas więcej krwi w krwi niż alkoholu wybraliśmy się na małe zwiedzanie i po raz pierwszy zobaczyłam Nowy York z góry (tak, nie miałam jeszcze okazji być na żadnym wieżowcu widokowym).

Zdjęcie w nawet najmniejszym stopniu nie oddaje tego, co widziałam, ale jest MOJE.

Dopiero widząc tą dżunglę z tej perspektywy uświadomiłam sobie, gdzie jestem. I cieszę się, że uświadomiłam to sobie jeszcze w 2013 :)

Nie jestem w stanie streścić przebiegu tej imprezy, bo cała noc minęła niesamowicie szybko. Wiem tylko, że spędziłam ją ze wspaniałymi ludźmi, w niesamowitym miejscu i wracałam do domu zmęczona, spełniona i szczęśliwa. Pominę, że wychodząc o 4 z Upper East, w domu znalazłam się dopiero przed 8. Nie mogłyśmy znaleźć stacji metra, maszerowanie też zajęło nam trochę czasu, jednak najbardziej bolesny widok sprawiła nam tablica z rozkładem pociągów, wskazująca kolejną limuzynę dla nas za dokładnie 1,5 godz. Najlepsze było to, że nawet podczas imprezy nie wiedziałam, czy następnego dnia pracuję, czy nie ;) Hostka jednak okazała się bardzo wyrozumiała kolejnego dnia i przegoniła Młodego, który wpadł do mojego pokoju ok.10:00 w stroju Batmana, gdy nawiązanie jakiegokolwiek kontaktu ze mną graniczyło wówczas z cudem. 

Zaraz po przywitaniu nowego roku dowiedzieliśmy się, że Fernando (gospodarz) zapomniał kluczy z mieszkania :)

F. :)


Tęskniłam już trochę za powrotem do względnie stałego grafiku. Jednak dwa tygodnie codziennego wstawania z brakiem jakiegokolwiek pojęcia na temat obowiązków na rozpoczęty własnie dzień psychicznie mnie wymęczyły. Cieszyłam się więc wczoraj z pierwszego dnia szkoły i powrotu hostki do pracy...Aż do dziś. Już w zasadzie wczoraj wieczorem wiedzieliśmy,że zbliża się prawdziwy atak zimy, co wiązało się z zamknięciem szkoły oraz 'wagarami' hostki. Dzisiejszy dzień zatem był dniem 12 godzin pracy, tarzania się w śniegu i błagania o powrót do domu z zimowego spaceru, który groził odmarznięciem kończyn.

To akurat wczorajsza miłość ;)


Zaraz przed bitwą na kulki :)

'Patty, where is Baby Jesus?' ... odkopał :)

I tak troszkę przysypani :)

Nie miałam okazji, zatem wszystkim odwiedzającym mnie tutaj życzę samych wspaniałości w Nowym Roku. Nie będę wymieniać, każdy na pewno z nadejściem nowego roku wytyczył sobie jakieś mniejsze, bądź większe cele. Życzę zatem pomyślności w dążeniu do Nich, cierpliwości i wiary :)

Ja z radością wskoczyłam w 2014 rok i cieszę się,że już od pierwszych dni uda mi się spełniać niektóre z moich postanowień. Jednym z nich było oczywiście zaliczenie musicalu na Broadway'u, co czeka mnie już jutro. Jestem szczęściarą, zawsze to powtarzam, szczęście przyszło do mnie i tym razem w postaci zaproszenia na 'Once' w Jacobs Theatre. Monia N. dostała w prezencie dwa bilety, a ja okazałam się szczęśliwcem, który będzie Jej towarzyszyć .

Żegnam zatem w ten prawdziwie zimowy wieczór i życzę owocnego weekendu ! :)

P.