lutowy misz-masz ! / urodziny!

Tak, narzekałam, że wyjeżdżają, piszą, a potem nie dają znaku życia. Narzekałam. A teraz co robię ?
Żeby była jasność, bloga z przyzwyczajenia odwiedzam regularnie raz dziennie przynajmniej, zaglądam z nadzieją, że jakieś magiczne moce napisały coś za mnie, ale nie...
Pora zatem nadrobić trochę zaległości.

Od ostatniego wpisu minął ponad miesiąc. Ha, miałam wtedy jeszcze 22 lata.
Jeśli o liczby chodzi, to piszę w tym momencie już jako starzejąca się 23-latka, minęło mi w poniedziałek równe 5 miesięcy odkąd jestem w USA, a dziś dokładnie 5 miesięcy odkąd jestem członkiem rodziny Y. Tymczasem też liczba wyświetleń na blogu przekroczyła 15tys., co mnie bardzo cieszy :)

Co u mnie ? Zmieniło się wiele..i niewiele jednocześnie.
Nie wiem czy też tak macie, że styczeń i luty to miesiące czekania ? Czekania na wiosnę ! Chyba wszystkim stacjonującym w USA, szczególnie w NY,że tak powiem, dała zima w dupę. Niejednokrotnie zamykali szkoły, przez co grafik ulegał nagłym transformacjom, a my, społeczność au pair, szaleliśmy wówczas z radości. Było zimno, niejednokrotnie lenistwo wygrało i zamiast pomykać na siłownię, mróz zatrzymywał nas w domu, a łóżko wciągało i niewidzialną ręką przykrywało kołdrą. Nieraz mieliśmy serdecznie dość, a ja obawiałam się tego, co najgorsze, że prędzej czy później złapie mnie zimowa depresja. Bądź, co bądź, zawsze dochodziłam do tego samego wniosku: lepiej mieć depresję za oceanem, niż w Polsce :)

Gwoli ścisłości, obyło się bez depresji ! Mimo, że ten miesiąc, to bardziej wegetacja, starałam się gospodarować go sobie możliwie jak najprzyjemniej.

Cofając się najdalej. Oczywiście powinnam wspomnieć o urodzinach. Wspomniany w poprzednim poście plan spędzenia urodzin w NYC wypalił, a ja śmiało mogę zaliczyć urodzinowe imprezy do najlepszych z najlepszych. Zaczęło się już w piątek, gdzie świętowałam wraz z Hostką i moim małym T., od którego dostałam bukiet pięknych kwiatów. Wieczór, żeby dotrzymać tradycji, spędziłam z moimi dziewczynami, dwiema Moniami i Arletką w naszej knajpie. Zrobiły mi mega niespodziankę zarówno obecnością jak i tortem ( który w rezultacie wszamali barmani), balonami i prezentem! Dzię-ku-ję !

Właściwa impreza natomiast miała miejsce następnego dnia. Udało nam się wynająć limo i zebrać grupkę znajomych, z którymi zarówno ja jak i Arletka (druga solenizantka) chciałyśmy spędzić urodziny. Było czyste szaleństwo, tak w dwóch słowach mogę to opisać. Ogólnie może krótko opiszę jak wygląda organizacja takiej imprezy, gdyby ktoś chciał kiedyś skorzystać. Nawiasem mówiąc Izka, którą znacie z bloga, jest obecnie promotorką w nowojorskich klubach i organizuje cotygodniowe imprezy ze świetną ofertą, więc serdecznie zachęcam i zapraszam. Koszt od osoby wynosi jedynie 25$, w czym macie godzinę jazdy limo po Manhattanie z wliczonymi alkoholami ( wódka plus szampan ) ... (i wierzcie mi, po tej godzinie wychodziliśmy już na czworaka). Limo zawozi Was do klubu ( w tym dniu była to impreza w Empire Hotel Rooftop), gdzie wchodzicie już bez żadnych dopłat i na miejscu macie drinki w cenie. Krótko mówiąc..idealnie :) Bawiliśmy się doskonale, bez przygód się oczywiście nie obyło ( zagubione kurtki, torebki, pieniądze), a kolejnego dnia ból głowy i uśmiech na twarzy. Z ciekawostek.. kojarzycie blogerkę Jessicę Mercedes ? Była w tym czasie w Nowym Jorku i towarzyszyła nam tego wieczoru zarówno w limo, jak i na imprezie. Poniżej wrzucę ukradzione zdjęcie od Arletki oraz mój mały mix.






OK. To tyle jeśli chodzi o urodziny :) Świętowałam je jeszcze dwa tygodnie po, gdy nasi ulubieni barmani przypomnieli sobie, że 'jeszcze nie oblaliśmy'. Wspominałam o tej knajpie niejednokrotnie, mogę powiedzieć jedynie, że z piątku na piątek uwielbiam ich coraz bardziej i nie wyobrażam sobie chillu po całym tygodniu gdzie indziej. Na chwilę obecną ich ulubioną zabawą jest 'jak się odwrócisz to doleję Ci alkoholu, a Ty się potem będziesz zastanawiać, czemu w knajpie latają helikoptery'. Tak właśnie spędzamy każdy piątek ładując akumulatory pozytywną energią i umierając w szkole kolejnego dnia :)

Co poza tym ? Szkoła, która przelatuje w mgnieniu oka, gdyż zostały mi jedynie 3 soboty zajęć. Gdybym miała wybrać jeszcze raz, prawdopodobnie wybrałabym inny kurs. Naprawdę babeczka super przygotowuje nas pod kątem egzaminu TOEFL, mnie osobiście brakuje jednak jeszcze podstaw, więc chyba skłaniałabym się bardziej ku czemuś, co rozwinęłoby moje słownictwo i wyszlifowało gramatykę. Wiadomo, mogę to zrobić we własnym zakresie,ale jednak... Nie mniej, nie jest źle! Ogólnie na plus :)

Dzień jak co dzień spędzam pracując z moim Młodym czasem mniej, czasem więcej. Narzekać nie mogę, po 5 miesiącach wpadłam w słodką rutynę, której nie zamierzam przerywać. Wolny czas bez zmian, siłownia, zakupy, kawa, lunch, jak również staram się na bieżąco ogarniać dom, żeby nie zgubić się we własnoręcznie wytworzonym bałaganie. 

Był kryzys, a dokładnie jeden dzień. Weekend dwa tygodnie temu spędziłam sama, były to pierwsze pełne dwa dni, gdy miałam dom dla siebie i zapomniałam na chwile, czym jest budzik o 6:00 rano. Naładowałam się pozytywną energią, jak również wypoczęłam, jednocześnie też wybiłam się z rytmu i przypomniałam sobie, co to znaczy 'robić co się chce'. Powrót hostki i Młodego z wypoczynku u Babci był dla mnie jak cios w policzek, bardzo bolesny zresztą, oraz zbyt szybki powrót do rzeczywistości. Tego dnia też Młody, który w ciągu dwóch dni zdążył już zapomnieć czym są zasady, dawał konkretnie w kość, co w połączeniu z moim zmieszaniem i hormonami wywołało burzę łez i wściekłość. Nie martwcie się jednak, wszystko wróciło do normy kolejnego dnia. Prawdą jest, że życie au pair obraca się o 180 stopni i czasem po prostu czujemy się lekko..confused ? :) Nagle po 3 latach życia po swojemu bez konieczności tłumaczenia się komukolwiek z czegokolwiek musimy nauczyć się żyć z nieodłącznym elementem w naszej świadomości,że dom, w którym mieszkamy nie jest nasz, że nieważne ile miłości byśmy sobie nawzajem dawali, to my zawsze będziemy tu gośćmi, a każdą czynność jaką podejmujemy nawet w czasie wolnym rozważamy również z perspektywy naszej rodzinki. Przynajmniej ja tak mam i podejrzewam, że nawet jakbym miała tu lata spędzić, to nigdy by się to nie zmieniło. Jak wiecie jednak, nie narzekam. Nie zamieniłabym ich na nikogo innego, szanuję, doceniam i jestem chodzącym przykładem wdzięczności za to,co los mi zgotował :) Tak, jeśli o to chodzi, to nic się nie zmienia. Byłam, jestem i mam nadzieję, będę jak najdłużej najszczęśliwszą osobą pod słońcem!

Załączam kilka zdjęć w żaden sposób niepowiązanych ze sobą. Taki mix z ostatniego miesiąca, bo opisywanie wszystkiego po kolei, przy mojej rozwiązłości (wiecie jak jest...), skończyłoby się tym, że to byłaby Wasza ostatnia wizyta tutaj :p


jeszcze urodzinowe 
bo 2 godziny przygotowań to za mało 
PJ
w końcu Brooklyn 
chyba najfajniejsze popołudnie 'po szkole'. green point, warka z sokiem, polskie sklepy i łzy w oczach!

powiedział, że się nudzi. wzięłam go na sanki, wróciłam w takim stanie. padł i już tego dnia nie powstał 

ktoś tu zdobył blue belt. my boy(s) !! ; )
love !
a walentynki spędziłyśmy z Jack'iem 
wolny weekend , -10 stopni, Long Beach
ferie, no to sanki jeszcze raz 
polskie racuchy razz!
powiedział, że nie puści mojej nogi. to wyszorowałam Nim podłogę. best au pair ever, right ? żartuję, oczywiście ;)
i w końcu słoneczny NYC!
i tylko dla tego widoku wylądowałam kolejny raz na plaży w zeszłą niedzielę 

Jak widzicie, przyjemna, amerykańska rutyna. Z utęsknieniem jednak wyczekuje na wiosnę i ostatkiem cierpliwości zmierzam się z kolejnym(!!) przewidywanym na najbliższe dni atakiem zimy.

Aha! No i... 'love' is in the air !



Buziaki! 

P.




6 komentarze:

KamilaMJ pisze...

Jesteś bardzo ładna ;)

Aleksandra Sobota pisze...

No w końcu!!!
Widzę, że już teraz nie AuPairujesz jednemu facetowi a dwóm (:
Wszystkiego dobrego!

PS: Kończ już tą szkołę, bo musimy się spotkać!

Kasia Ka pisze...

nie mogę sie już doczekać mojej Amerykańskiej rutyny ;D
Zapewne Amerykańska rutyna jest lepsza od Polskiej ;p

Do pisze...

ohhh! :) No nareszcie!! :))
Ty sie szukuj - bo ja i Aga wpadamy 11-13 kwietnia do nyc ! wiec moze jakas imprezkaaaaa? :D ^^

pozdrawiam cieplo z zamrozonego Michigan!

martowa pisze...

Slicznoto kochana,
Masz przeuroczego chlopczyka :) haha, the best au pair ever, trust me!
Ale rozbawilo mnie to zdjecie, gdzie on jest taki wymeczony po tych sankach :D

Widac, ze dobrze bawiliscie sie na urodzinach, ktore pewnie bedziesz wspominac do kooonca zycia :)
-10C, ale widoki piekne!

buuuziakow sto, xx

Aga pisze...

Ej nooooooo Dorota dobrze mowi! Skoro juz tam bedziemy, to sie moze spotkamy...? :>>
Fajne urodziny! I znajome twarze na zdjeciach. Ahh ten blogowy swiat...

Prześlij komentarz