should I stay or should I go ?

Godzina 21:00, niedziela. Siedzę właśnie w salonie, na moim ulubionym fotelu, z gorącą czekoladą z marshmallows w kubku, który jest większy od mojej głowy. Mam babysitting, ponieważ hostka wybrała się na świąteczną imprezę do znajomych. Moje host dziecko leży pod choinką, oglądając bożonarodzeniową Myszkę Mickey, a ja rozczulona przyglądam się mojej reniferowej skarpetce na kominku :) Kolejny raz towarzyszy mi przekonanie, że na chwilę obecną jestem dokładnie we właściwym miejscu, we właściwym czasie i z właściwymi ludźmi.

Większość Amerykanów dekoruje domy na Święta Bożego Narodzenia tuż po Święcie Dziękczynienia. Pisałam już, że większość domów wokoło jest już cudownie przystrojona, nie miałam jednak pojęcia, że tak naprawdę to dopiero początek. Ulica, na której mieszkam, jest jedną z najpiękniej przystrojonych ulic w moim miasteczku i nawet w środku nocy jest jasno dzięki milionom lampek. Jedyne czego mi jeszcze brakowało, to choinki! Z powodu napiętego grafiku mojej hostki ubraliśmy ją DOPIERO wczoraj. To zabawne, że piszę DOPIERO. Od kilku dni mówiła, że mamy poślizg, że już od dwóch tygodni powinna rozświetlać salon. Przypomniało mi się wówczas, jak 2 lata temu tuż przed świętami robiliśmy remont w mieszkaniu, który zakończył się dokładnie ok 17:30 w Wigilię. Podczas, gdy moi sąsiedzi pięknie wystrojeni witali już gości, ja zapierniczałam umazana farbą i z pudłami po nowych meblach do kosza pod blokiem, modląc się, żeby nikt mnie nie zobaczył w takim stanie, w taki dzień i o tej porze. Zmęczone, padłyśmy w końcu na fotele, ''szczęśliwe'', że nareszcie możemy się przygotować i totalnie spóźnione jechać do rodziny na Wigilię, po czym uświadomiłyśmy sobie, że zapomniałyśmy o maleńkim szczególe : choinka ! Kolejny zatem raz w Ameryce zdarzyło mi się zredefniniować pewne pojęcie, tym razem dotyczyło słowa : poślizg ;)

Troszeczkę obawiam się, w jakim stanie emocjonalnym będę na te święta. To wręcz absurdalne, że ciągle piszę o swoich rozkminach na temat mojego pobytu tutaj i jednocześnie o mojej nieobecności w Polsce. Za tydzień miną 3 miesiące. To nadal zdecydowanie zbyt wcześnie na podejmowanie decyzji na temat tego 'co dalej', jak również za wcześnie by zrealizować cele, które założyłam sobie przed wyjazdem. Jest też za wcześnie na obawy związane z wyjazdem i za wcześnie, by mieć koszmary na temat powrotu do domu (miałam już w sumie trzy i za każdym razem budziłam się z przerażeniem i ulgą, że jestem tu, gdzie jestem). Nie ułatwiła mi tego również moja hostka, która wczoraj podczas wspólnego ubierania choinki ze łzami w oczach powiedziała, jak bardzo boi się dnia, w którym kiedyś wyjadę. Chociaż nigdy nie rozmawiamy na temat naszych wzajemnych relacji, a raczej okazujemy sobie to w czynach, wczoraj usłyszałam, że jestem dla niej jak córka. Córka, jaką zawsze chciała mieć, która jednocześnie będzie przyjaciółką. Miałam okazję to już przeczytać i poruszyło mnie to wówczas niesamowicie, tym bardziej więc słysząc to i widząc jej wzruszenie, miałam gulę w gardle. Nie było mnie na tyle, żeby o tym rozmawiać, bo czułam, że sama zacznę wyć, a przecież naprawdę to jeszcze nie czas na to. Nie ułatwia mi tego również wskakujący do mojego łóżka co wieczór Mały T. Coraz częściej łapię się również na tym, że podczas zakupów rozglądam się za rzeczami dla tej dwójki, zastanawiając się co pasowałoby do koloru ścian w sypialni hostki, czy smakowałaby jej ta herbata, czy ta koszulka będzie dobra dla Młodego bądź jak bardzo cieszyłby się ze złotego miecza z jednej z Jego ulubionych bajek: Jake and the Never Land Pirates :] Nie ułatwiają mi tego też wspaniali ludzie, których tutaj mam, których potrzebuję i dla których czuję się potrzebna. No i nie jest mi też łatwiej z ''motylami w brzuchu'' w każdy wtorek i czwartek ( ;) ). Nie chcę w każdym kolejnym poście pisać, jak ciężko mi z tymi myślami zaczyna być. To naprawdę dziwne, jak bardzo potrafię sobie w tej kwestii utrudniać życie. Przed wyjazdem do Stanów nie potrafiłam zaangażować się w pewne sprawy, bo wiedziałam, ze wyjadę. I teraz co...znowu nie mogę się zaangażować w pełni w życie 'chwilą' tutaj ze strachu, że w końcu ... wyjadę ? No litości ... ! 

Nie mogę się doczekać, jak za tydzień opublikuję post na moją 3-miesięcznicę, w którym podsumuję mój dotychczasowy pobyt tutaj i postaram się zebrać do kupy wszystkie zmiany, które nastąpiły we mnie. Każdy z nas jest inny, każdy na swój sposób przeżyje ten rok tutaj, każdy ma swoją własną definicję american dream

W mijającym tygodniu zredefiniowałam nie tylko słowo :poślizg, ale również: weekend. Tym razem postawiłam na trochę więcej prywaty i zamiast balować w NYC w sobotni wieczór, zostałam w łóżku z serialami. Zadowoliłam się wyjściem 'tam, gdzie zawsze' w piątek z Monią i Sarą oraz dzisiejszą kawą i ploteczkami z drugą Monią. Poza tym całą sobotę poświęciłam głównie dla host rodzinki i dla siebie samej i choć bardzo żałuję, że nie świętowałam urodzin bliskich mi osób w NYC, to stwierdzam, że szczerze tego potrzebowałam. 

Tyle na dzisiaj... Jak widać spokojnie, stabilnie, bez fajerwerków, ale jak zawsze przyjemnie. 

Dużo ciepła i pozytywnej energii na najbliższy tydzień !

P.





8 komentarze:

martowa pisze...

marshmallowy !!! Coś przepięknego :)

Pati, głowa do góry. Jeśli czujesz, że jesteś we właściwym miejscu, to jeszcze się zaskoczysz jak fantastyczne będą te Święta :) Na pewno będą inne od tych, które znasz, ale gwarantuję, że zapamiętasz je (pozytywnie!) do końca życia!

buzi! :*

Klaudia pisze...

Mashmallowy to jest morderstwo ! Przez to nauczyłam się pić 5 kaw dziennie, ale od nowego roku koncze z tym haha :D
Ja jutro już w samolot i do domciu! Obawiam się co do bagazy, ze bede dopłacac czy cos, no ale zobaczymy :D
Buziaki ! ;*

Sara pisze...

dopiero teraz znalazłam Twojego bloga i jestem wprost oczarowana!
Wspaniale piszesz i czasami czuję się jakbym była tam z Tobą.
Jesteś mi strasznie pomocna bo ja po maturze planuje wylecieć do USA jako au pair. Gorące pozdrowienia :*

PirateKaro pisze...

jejku, cudownie, że masz takie relacje z rodzinką i że jest Ci tam tak dobrze, oby tak dalej!
i do dzieła kochana - wciąż się zastanawiając, czy możemy rozpocząć nowy etap w swoim życiu czy nie, argumentując to wyjazdem w przyszłości może nas ominąć wiele rzeczy 'tu i teraz'. nie ma na co marnować czasu! :)

pozdrawiam i ściskam,
Karola

N. pisze...

Pati, żyj pełnią życia!! Nie martw się tym, że wyjedziesz- czy za 9 miesięcy czy jeszcze później- bo bez zmartwień możesz lepiej wykorzystać dany Ci tam czas. Żyj chwilą! Nie wiesz, czy na 100% stamtąd wyjedziesz, więc nie marnuj ani chwili więcej! N.

Aga pisze...

Mam dokladnie takie samo uczucie, co do tego, ze jestem tu, gdzie powinnam byc! Strasznie sie ciesze, ze tak masz, bo to naprawde niesamowite.

Oby tak dalej. Czuje, ze wszystko bedzie tak super, jak jest do tej pory :).

Nadia Tomczak pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Nadia Tomczak pisze...

Ahh te wtorki i czwartki! <3 hahaha :D kochana, zanim "wyjedziesz", masz jeszcze kupe miesięcy, korzystaj póki możesz, bo później możesz żałować!!!!!!

Piękna choinka <3 u mnie dopiero sie okna myja (czy to nie cudowne, że SIE MYJĄ ? same!!! :D ) podejrzwam , ze przez moją pracę (codziennie od 10 do 21, w niedziele do 19) w tym roku ominie mnie ubieranie choinki :((((

Prześlij komentarz