11

3 miesiące - refleksje ! / WESOŁYCH ŚWIĄT !

Mijają dziś dokładnie 3 miesiące, odkąd jestem w USA. Taka pierwsza maleńka 'rocznica', więc myślę, że mogę pozwolić sobie na podsumowanie. Ostrzegam, że post może być totalnie przesłodzony, więc jak macie na czas świąt za dużo czekolad na choince, to nie polecam ;) Poza tym będzie baardzo długi i dosyć prywatny, więc naprawdę nie oczekuję odzewu, potrzebuję zrobić ten zapis dla samej siebie - nie tylko na mijającą 3miesięcznicę, ale też na zbliżający się koniec roku :)

Postanowiłam pogrupować swoje przemyślenia po każdych 3 miesiącach, by po roku czasu móc zestawić je wszystkie razem ze sobą i zobaczyć, jak wiele się zmieniło i w jaki sposób.

Zacznę od relacji z host rodziną. Pamiętam swoje pierwsze dwa tygodnie tutaj, gdy zastanowiłam się przez maleńką chwilę, jakby to było być pierwszą w historii au pair, która poszła w rematch z powodu braku miłości i chemii w stosunku do swojego host dziecka poprzez wygórowane oczekiwania wobec siebie samej. Pamiętam to jak dziś, gdy byłam niesamowicie zmieszana i przerażona, gdy dotarło do mnie,  że nie tak wyobrażałam sobie swoje uczucia do Małego T. Możliwe, że wzięło się to z faktu, iż moje wcześniejsze doświadczenia nauczyły mnie, że w moim przypadku miłość, niestety, NIE przychodzi z czasem. Po dwóch niepewnych tygodniach stąpania po niestabilnym gruncie wszystko zaczęło obracać się o 180stopni. Kwestia czasu, cierpliwości i odpowiedniego dystansu przez te 3 miesiące pomogły mi stworzyć zarówno z moim chłopcem jak i z host mamą piękną relację, o której pisałam już niejednokrotnie i pewnie jeszcze nieraz będę. Na chwilę obecną wiem, że jestem w stanie zrobić dla tej dwójki bardzo wiele i nie wyobrażam sobie być z jakąkolwiek inną rodziną. Po 3 miesiącach bycia w tym 'związku' czuję, jakbyśmy znali się od lat. Nadal nie czuję się jak pracownik, czuję się jak starsza siostra młodego ( chociaż nieraz jak druga mama ;) ) i starsza córka hostki. Tak zresztą mnie opisała i tak rzeczywiście jest. Mimo bliskiej relacji mam dużo prywatności i dużo komfortu w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. Nikt nie wciska nosa w nieswoje sprawy. Nikt nie traktuje mnie jak duże dziecko. Nieraz mam wrażenie, że to ja przeginam z sms'ami do hostki na temat tego gdzie jestem, z kim i o której będę. Pasuje mi ten układ i zrobię ze swojej strony wszystko, by tak pozostało.

Kontakt z Polską. Pierwsza rzecz : nadal nie tęsknię. Nie było homesicku, nie było dnia, w którym chciałabym wrócić (z wyjątkiem dnia pogrzebu mojego kumpla). Liczba koszmarów o powrocie do domu zwiększyła się na chwilę obecną do czterech. Bardzo nie chcę tego pisać i myślę nawet, że nie powinnam, ale taka jest prawda. Ale wiem, że wszystko z czasem może się jeszcze zmienić. Jedyna osoba, z którą rozmawiam regularnie na skype, to mama, której czas beze mnie się niemiłosiernie dłuży i która odczuwa moją nieobecność chyba najboleśniej, tak myślę. Przykre jest to, że to Ona jest osobą, która nieraz ściąga mnie na ziemię swoim polskim podejściem. Od zawsze bardzo się różniłyśmy i tym bardziej tutaj, w kraju nieustającej otwartości i życia chwilą widać to wyraźniej. Nie potrafi nieraz cieszyć się moim szczęściem, przez co zdarza mi się wpadać w furię i po takiej rozmowie potrzebuję kilku godzin,żeby wrócić do dobrego humoru. Zawsze wówczas porównuję (choć bardzo tego nie lubię) jej podejście do tutejszego, choćby podejścia mojej hostki. Nikt nie szuka problemów na siłę, szczególnie tam, gdzie naprawdę ich nie ma. Wręcz przeciwnie, nawet w trudniejszych sytuacjach ludzie tu starają się je łagodzić, by jak najmniej dotkliwie je odczuć. To niesamowite, bo właśnie dzięki temu, mam wrażenie, wydają się być szczęśliwsi.
Poza tym, utrzymuję naprawdę dużo kontaktów ze znajomymi, nawet więcej, niż się spodziewałam. Każdego dnia dostaję wiadomości, każdego dnia staram się też odpisywać, bo już jakiś czas temu doceniłam to, co zostawiłam w Polsce i nie chcę zaniedbać tego, co ma tak silny fundament. Odświeżyłam też swoje dawno pogrzebane kontakty, nawet te, które miałam wrażenie, już nie mają prawa bytu (przez te 3 miesiące odezwały się wszystkie moje miłości życia :D ). Od osób, od których w życiu bym się nie spodziewała, dostałam niezliczoną ilość miłych słów. Słów podziwu, troski, dopingu, pozytywnego wsparcia. Każdego dnia wiem, że ktoś o mnie myśli i cieszę się, że wśród grona tych osób nie zdarzyło mi się ani raz spotkać z negatywnym podejściem. Być może takie osoby są, cieszę się jednak, że nie dane mi jest być tego świadomą. Cieszę się, że moi najbliżsi przyjaciele cieszą się moim życiem tutaj, bo to na Nich najbardziej mi zależy. Cieszę się, że rozumieją moją potrzebę życia tym, co jest tutaj, a nie tym, co jest w Polsce. Doceniam ich wyrozumiałość i utwierdzam się w przekonaniu, że nieważne w jakiej części świata bym była, są niezastąpieni. Mimo cudownych znajomości nawiązanych tutaj i przeróżnych przygód, nic nie jest w stanie zastąpić  porannej kawy z J. i piwa z sokiem imbirowym w Alchemii, piwa z Z. w Alternatywach, które zwykle kończyło się spontanicznymi i jednymi z najfajniejszych, imprezami na krakowskim rynku. Choć 3 lata studiów wspominam jako-tako , to dziś wiem, że najpiękniejsze, co z nich wyniosłam to znajomość z K. i A., które powinny dostać Nobla za pokojowe nastawienie do mnie i anielską cierpliwość i zawsze, ale to zawsze, umiejętność poprawy humoru. Nic mi tutaj też nie zastąpi rozmów z moją P., która zrozumie wszystko, podejrzewam, że nawet jakbym kogoś zabiła, to mogłabym jej o tym powiedzieć (serio, nie wiem dlaczego akurat taki przykład, ale to naprawdę unikat :) ). I kawa z A. w galerii cafe! Osoba, która ratowała mi tyłek całe 3 lata w liceum i w dalszym ciągu się mnie nie wyrzekła. I cała 'paczka' z moich Wadowic, niezliczona ilość rozmów i wypitego alkoholu z A.,  coweekendowe melanże w Cynamonie, wieczna gotowość do zrobienia czegoś nienormalnego. Boże, wychodzę na jakiegoś totalnego ochleja. O kimkolwiek nie piszę, to z nim piłam :D Dziękuję za wszystkich, którzy wspierają mnie na odległość. Wiem, że bez tego nie byłoby mi tutaj tak dobrze. Dziękuję, W., że wierzyłeś w ten wyjazd i mogłam liczyć na Twoje wsparcie  mimo wszystko. Mogłabym tak wymieniac i wymieniać, wiem jednak, że właśnie te osoby tu zaglądają.  Nie mogłabym być w pełni szczęśliwa z myślą, że nie mam do kogo wracać, że nikt nie cieszy się moim szczęściem, że wraz z wyjazdem ktoś mnie skreślił ze swojego życia.

Podróże. Będąc tu 3 miesiące, czasem wydaje mi się, że i tak sporo czasu zmarnowałam. Że mogłabym podróżować więcej, bardziej kombinować, zwiększyć zasięg weekendowych wypadów,nie ograniczać ich jedynie do Nowego Yorku. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc jeszcze 3 miesiące temu taki Nowy York 'za oknem' był spełnieniem moich oczekiwać, na tym etapie natomiast, mając w zasięgu ręki znacznie więcej, rośnie poprzeczka a wraz z nią oczekiwania wobec siebie i wobec tego, co mogę tu mieć i zobaczyć. Niemniej jednak udało mi się zobaczyć Waszyngton, Philadelphię, Baltimore. Spędziłam Święto Dziękczynienia w Bostonie, a sam Nowy York, kiedyś nieosiągalny, wydaje się być teraz moim 'drugim domem'. Postawiłam swoją stopę w 8 Stanach : New York, New Jersey, Pennsylvania, Delaware, Maryland, Virginia, Connecticut oraz Massachusetts... Mam też masę planów na kolejne wyprawy i wierzę w ich realizację bardziej, niż kiedykolwiek. W końcu jestem tutaj, to wystarczający dowód na to, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Język. Kiedyś pisałam, że nie miałam tutaj pierwszej blokady językowej, ponieważ w zeszłym roku przez 3 miesiące posługiwałam się angielskim i wówczas się jej pozbyłam. Niemniej jednak na pewno nie spłynęło po mnie to, że nagle muszę się przestawić na posługiwanie się angielskim dosłownie wszędzie, nie tylko w rozmowie o tym, jak mi minął dzień i skąd jestem, ale również żeby załatwić wszelkie formalności związane z pobytem, a co za tym idzie biorąc na siebie ogromną odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale również za osoby wokół mnie. Pamiętam jak po pierwszym miesiącu miałam etap, gdzie wydawało mi się,że wręcz cofnęłam się w rozwoju, jeśli chodzi o angielski. Że powinnam dużo więcej, a jest wręcz przeciwnie, brakowało mi słów w każdym zdaniu. Dziś, po 3 miesiącach, z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że tak naprawdę nie miałam większych problemów z komunikacją, ale też z pewnością stałam się mistrzem rozmawiania na migi i mogłabym teraz udzielać korepetycji z rysowania kształtów w powietrzu :) W dalszym ciągu zdarza mi się nie rozumieć co kto do mnie mówi, szczególnie, że naprawdę słyszę tutaj co chwilę inny akcent. Nawet wczoraj, stojąc przy kasie u niesamowicie przystojnego Pana, nie miałam zielonego pojęcia o czym on do mnie rozmawia  i jedyne co mogłam zrobić, to przytakiwać i uśmiechać się z tępym wyrazem twarzy :) Każdej osobie niepewnej swoich umiejętności językowych jednak będę zawsze powtarzać, że nie ma się czego bać. Wszyscy są wyrozumiali, chętni do pomocy, a angielski wejdzie Wam do głowy szybciej, niż Wam się wydaje :) Od 11 stycznia zaczynam swój kurs językowy tutaj, z którym wiążę spore nadzieję na opanowanie angielskiego raz na zawsze i porządnie. No bo gdzie i kiedy, jak nie tu i teraz :)

Tutejsze znajomości. Od samego początku głęboko wierzyłam w to, że jak zwykle uda mi się trafić na dobrych ludzi tutaj. I tak też się stało. Większość dziewczyn, z którymi tutaj spędzam czas, to au pairki, jednak cieszę się, że są to kobiety, z którymi mogę pogadać o wszystkim i robić dosłownie wszystko. Nasze weekendowe wypady nie polegają na rozmawianiu tylko o dzieciach, ale to właśnie wtedy pozwalamy sobie na bycie osobami, żyjącymi obecnie tutaj, mającymi jakąś przeszłość i problemy codziennie, jak każda normalna osoba, ale przede wszystkim mającymi marzenia i plany na pobytu tutaj.Przez 3 miesiące moje grono tutejszych najbliższych uległo naturalnej selekcji i zdecydowanie mogę powiedzieć, że mój team to Sara z Brazylii oraz dwie Monie i Arletka z Polski. Wiem też, że mimo rzadszych spotkań, mogę zawsze liczyć na Michała , Olkę, Izkę i grono innych osób, w tym grupka Niemek, które wystarczy, że po prostu są w pobliżu. Nieraz przypadkowo spotykam koleżanki au pairki, które zawsze zapewniają o swojej obecności i otwartości mimo, że nie piszemy do siebie w pierwszej kolejności odnośnie piątkowego wyjścia. I samo to jest naprawdę miłe. Wiadomo, nie da się wszystkich kochać , ale na pewno w moim okręgu da się wszystkich tolerować, przez co tworzymy naprawdę zgrany zespół i nie znam au pairki w mojej okolicy, która czułaby się samotna, nieszczęśliwa i nie czułaby się bezpieczna.

Faceci.  Dużo osób pyta o moje spostrzeżenia i moje kontakty z tutejszymi facetami. No tak ;) Co mogę powiedzieć? Ja osobiście bardzo, ale to bardzo nad Nimi ubolewam :) Nie wiem, czy tylko ja mam problem z trafieniem na normalnych facetów tutaj, czy to wynika z mojego dystansu, ale naprawdę ciężko jest poznać kogoś 'fajnego'. Mam wrażenie, że wielu facetów traktuje nas jako egzotyczne atrakcje, przez co nie patrzą na nas do końca na serio. Świadomość naszego tymczasowego pobytu automatycznie kreuje nas na dziewczyny ... po prostu 'tymczasowe' ;) . Zawsze powtarzam, że jak my siebie postrzegamy, tak inni będą postrzegać nas, tu jednak jest to trudniejsze. Dlatego usilnie próbując zaprzeczyć wszystkiemu temu, co myślą na nasz temat, zrobiłam się ogromnie uprzedzona i gdziekolwiek jestem, spodziewam się ataku hien i jestem gotowa na jego odparcie. Brakuje mi tu normalnych kumpli. Całe życie, od przedszkola, trzymałam się z wieloma kolegami i zwyczajnie brakuje mi w ekipie męskiego towarzystwa, męskich żartów, ich sposobu myślenia , droczenia się, a czasem po prostu przytulenia do kogoś silniejszego i poczucia bezpieczeństwa:) Ciężko jednak nawiązać tu znajomości bez drugiego dna, niestety, szczególnie gdy jest się Polką-au pairką. Może kiedyś inaczej patrzyłabym na to wszystko, niektóre rzeczy byłyby mi bardziej obojętne. Jakiś czas temu pisałam, że owszem miło jest być zauważoną, ale to wszystko do czasu. Zostawiając jakiś czas temu za sobą relację pełną wzajemnego szacunku i poczucia bezpieczeństwa nie zamierzam teraz zaniżać swoich oczekiwań i priorytetów i iść na łatwiznę. Zawsze powtarzam tutejszym facetom, że naprawdę w miejscu, w którym powinien znajdować się mózg, mam prawdziwy mózg, a nie orzeszka ;)
Nie mogę jednak krytykować wszystkich, poznałam kilku naprawdę fajnych facetów, którzy ogromnie mi zaimponowali, ale zazwyczaj są to czarni ojcowie dzieci, z którymi mój Młody chodzi na karate ;p Poznałam też kogoś, o kim mogę powiedzieć 'poznałam kogoś' ;) Ale póki co ... milczę ;)

Coś jeszcze ?
Przez ostatnie 3 miesiące znalazłam się w totalnie innym świecie i bardzo dobrze się w nim czuję. Mój mózg pracował i pracuje stale na pełnych obrotach. Prócz otoczenia, ludzi, zmieniłam styl życia i wprowadziłam wiele nowych zasad. Niektórymi rzeczami przestałam się przejmować, o inne z kolei zaczęłam dbać. Cokolwiek by to nie było, jest mi bardzo dobrze w tym momencie tak, jak jest. Wierzę w siebie, wierzę w to co robię i nie boję się marzyć :) Z uśmiechem patrzę w przyszłość, szczególnie na kolejne miesiące tutaj.

Na pewno nie jest to jeszcze ostatni mój post przed nowym rokiem, więc może zbierze się we mnie jeszcze trochę refleksji na temat tego, co minęło :) I pewne jest to, że każde słowo napisane w dzisiejszym poście pełnej jest szczerej wdzięczności za te minione 3 miesiące.

Każdemu życzę takich emocji, szczególnie na ten zbliżający się czas podsumowań, refleksji, podziękowań. Życzę każdemu zwolnienia tempa na moment, chwili zadumy. Z okazji Świąt życzę Wam trzeźwego rozejrzenia się wokół siebie i dostrzeżenia wokół wszystkich, nawet najmniejszych szczegółów, które czynią Wasze życie wartościowym. Życzę Wam cudownych ludzi, z którymi możecie dzielić się swoją radością. Życzę rodzinnej atmosfery i chwili wzruszania bez względu na to, czy jutro zasiądziecie do stołu z rodziną w swoim domu, z host rodziną, przyjaciółmi, czy może w tym roku nie będzie okazji do wspólnej wigilijnej wieczerzy.

Tym akcentem, przygotowując się na ostatni przedświąteczny meeting z moimi dziewczynami, a także pakując walizki na świąteczny wyjazd do Babci, żegnam i serdecznie pozdrawiam.

P.

dreaming of the white christmas nabrało nowego znaczenia ;)






8

should I stay or should I go ?

Godzina 21:00, niedziela. Siedzę właśnie w salonie, na moim ulubionym fotelu, z gorącą czekoladą z marshmallows w kubku, który jest większy od mojej głowy. Mam babysitting, ponieważ hostka wybrała się na świąteczną imprezę do znajomych. Moje host dziecko leży pod choinką, oglądając bożonarodzeniową Myszkę Mickey, a ja rozczulona przyglądam się mojej reniferowej skarpetce na kominku :) Kolejny raz towarzyszy mi przekonanie, że na chwilę obecną jestem dokładnie we właściwym miejscu, we właściwym czasie i z właściwymi ludźmi.

Większość Amerykanów dekoruje domy na Święta Bożego Narodzenia tuż po Święcie Dziękczynienia. Pisałam już, że większość domów wokoło jest już cudownie przystrojona, nie miałam jednak pojęcia, że tak naprawdę to dopiero początek. Ulica, na której mieszkam, jest jedną z najpiękniej przystrojonych ulic w moim miasteczku i nawet w środku nocy jest jasno dzięki milionom lampek. Jedyne czego mi jeszcze brakowało, to choinki! Z powodu napiętego grafiku mojej hostki ubraliśmy ją DOPIERO wczoraj. To zabawne, że piszę DOPIERO. Od kilku dni mówiła, że mamy poślizg, że już od dwóch tygodni powinna rozświetlać salon. Przypomniało mi się wówczas, jak 2 lata temu tuż przed świętami robiliśmy remont w mieszkaniu, który zakończył się dokładnie ok 17:30 w Wigilię. Podczas, gdy moi sąsiedzi pięknie wystrojeni witali już gości, ja zapierniczałam umazana farbą i z pudłami po nowych meblach do kosza pod blokiem, modląc się, żeby nikt mnie nie zobaczył w takim stanie, w taki dzień i o tej porze. Zmęczone, padłyśmy w końcu na fotele, ''szczęśliwe'', że nareszcie możemy się przygotować i totalnie spóźnione jechać do rodziny na Wigilię, po czym uświadomiłyśmy sobie, że zapomniałyśmy o maleńkim szczególe : choinka ! Kolejny zatem raz w Ameryce zdarzyło mi się zredefniniować pewne pojęcie, tym razem dotyczyło słowa : poślizg ;)

Troszeczkę obawiam się, w jakim stanie emocjonalnym będę na te święta. To wręcz absurdalne, że ciągle piszę o swoich rozkminach na temat mojego pobytu tutaj i jednocześnie o mojej nieobecności w Polsce. Za tydzień miną 3 miesiące. To nadal zdecydowanie zbyt wcześnie na podejmowanie decyzji na temat tego 'co dalej', jak również za wcześnie by zrealizować cele, które założyłam sobie przed wyjazdem. Jest też za wcześnie na obawy związane z wyjazdem i za wcześnie, by mieć koszmary na temat powrotu do domu (miałam już w sumie trzy i za każdym razem budziłam się z przerażeniem i ulgą, że jestem tu, gdzie jestem). Nie ułatwiła mi tego również moja hostka, która wczoraj podczas wspólnego ubierania choinki ze łzami w oczach powiedziała, jak bardzo boi się dnia, w którym kiedyś wyjadę. Chociaż nigdy nie rozmawiamy na temat naszych wzajemnych relacji, a raczej okazujemy sobie to w czynach, wczoraj usłyszałam, że jestem dla niej jak córka. Córka, jaką zawsze chciała mieć, która jednocześnie będzie przyjaciółką. Miałam okazję to już przeczytać i poruszyło mnie to wówczas niesamowicie, tym bardziej więc słysząc to i widząc jej wzruszenie, miałam gulę w gardle. Nie było mnie na tyle, żeby o tym rozmawiać, bo czułam, że sama zacznę wyć, a przecież naprawdę to jeszcze nie czas na to. Nie ułatwia mi tego również wskakujący do mojego łóżka co wieczór Mały T. Coraz częściej łapię się również na tym, że podczas zakupów rozglądam się za rzeczami dla tej dwójki, zastanawiając się co pasowałoby do koloru ścian w sypialni hostki, czy smakowałaby jej ta herbata, czy ta koszulka będzie dobra dla Młodego bądź jak bardzo cieszyłby się ze złotego miecza z jednej z Jego ulubionych bajek: Jake and the Never Land Pirates :] Nie ułatwiają mi tego też wspaniali ludzie, których tutaj mam, których potrzebuję i dla których czuję się potrzebna. No i nie jest mi też łatwiej z ''motylami w brzuchu'' w każdy wtorek i czwartek ( ;) ). Nie chcę w każdym kolejnym poście pisać, jak ciężko mi z tymi myślami zaczyna być. To naprawdę dziwne, jak bardzo potrafię sobie w tej kwestii utrudniać życie. Przed wyjazdem do Stanów nie potrafiłam zaangażować się w pewne sprawy, bo wiedziałam, ze wyjadę. I teraz co...znowu nie mogę się zaangażować w pełni w życie 'chwilą' tutaj ze strachu, że w końcu ... wyjadę ? No litości ... ! 

Nie mogę się doczekać, jak za tydzień opublikuję post na moją 3-miesięcznicę, w którym podsumuję mój dotychczasowy pobyt tutaj i postaram się zebrać do kupy wszystkie zmiany, które nastąpiły we mnie. Każdy z nas jest inny, każdy na swój sposób przeżyje ten rok tutaj, każdy ma swoją własną definicję american dream

W mijającym tygodniu zredefiniowałam nie tylko słowo :poślizg, ale również: weekend. Tym razem postawiłam na trochę więcej prywaty i zamiast balować w NYC w sobotni wieczór, zostałam w łóżku z serialami. Zadowoliłam się wyjściem 'tam, gdzie zawsze' w piątek z Monią i Sarą oraz dzisiejszą kawą i ploteczkami z drugą Monią. Poza tym całą sobotę poświęciłam głównie dla host rodzinki i dla siebie samej i choć bardzo żałuję, że nie świętowałam urodzin bliskich mi osób w NYC, to stwierdzam, że szczerze tego potrzebowałam. 

Tyle na dzisiaj... Jak widać spokojnie, stabilnie, bez fajerwerków, ale jak zawsze przyjemnie. 

Dużo ciepła i pozytywnej energii na najbliższy tydzień !

P.





6

walkin' in the winter wonderland :)

Czy przypadkiem w ostatnim poście nie pisałam, że chciałabym troszkę śniegu, żeby móc w pełni poczuć świąteczny klimat ? Wydaje mi się, że chyba coś wspomniałam ... :)
Również przed niedzielnym wyjazdem do NYC, rozmawiając z mamą na skype, wspomniałam, że naprawdę niewiele mi brakuje do pełni szczęścia, tylko trochę zimowej aury towarzyszącej podczas spaceru na Rockefeller. Mówisz-masz, Patka !
W zasadzie w weekend spełniło się kilka z moich życzeń, ale po kolei ...

Sobota była pod znakiem zapytania, gdyż po porannym pilnowaniu Młodego nie miałam zbyt sprecyzowanych planów. Pogoda dopisywała, mimo deszczu poprzedniego dnia obudziło mnie słońce na bezchmurnym niebie. Tym samym pojawił się pomysł załatwienia bardzo ważnej sprawy, z którą zwlekałam, a którą powinnam zrobić w pierwszy weekend mojego pobytu tutaj : wizyta na plaży ! 
Otwarte morze i taniec to dwie rzeczy, które mogę nazwać swoją terapią. Uwielbiam szum morza, wiatr, wschody i zachody słońca, bez względu na pogodę potrafię chłonąć, marzyć, zapomnieć o wszystkim. Nie bez powodu poprzednie dwa sezony wakacyjne spędziłam pracując w miejscach, w których do morza dzieliły mnie zaledwie 2 minuty. I nie bez powodu bardzo często w mojej głowie przywołuje widoki,odświeżam wspomnienia i wracam myślami do jednych z najbardziej osobliwych chwil, jakie wywoływały poranne widoki wschodów słońca na Krecie. Mieszkając teraz na Long Island, od Long Beach dzieli mnie zaledwie 20 minut jazdy samochodem, bądź w przypadku sobotniej wyprawy : autobusem. Z M. wybrałyśmy się razem w sobotnie popołudnie, zahaczając jeszcze po drodze o starbucksa. Trafiłyśmy na darmowe ciasteczka, więc wizyta nam się tam trochę przedłużyła :D . W końcu dotarłyśmy na promenadę, gdzie poczułam falę radości, ekscytacji, ulgi, wzruszenia. Widok oceanu, zachód słońca, szeroka plaża i przepiękna, ciągnąca się w nieskończoność oświetlona promenada dopełniły mój pobyt tutaj. Pospacerowałyśmy trochę, nacieszyłyśmy się tym, co mamy na wyciągnięcie dłoni i posnułyśmy trochę planów na kolejne wizyty, szczególnie wakacyjne. Doceniam tym bardziej teraz lokalizację, w której jestem. Long Island jest wprost doskonałe. Z jednej strony Nowy York, z drugiej strony pozwalające na odpoczynek od miejskiej dżungli plaże i bliskość oceanu, a do tego doskonały punkt wyjściowy do wszelkiego rodzaju wyjazdów. Strzał w dziesiątkę :)





Nawet do tych zdjęć się w tym momencie uśmiecham :)

W drodze do domu zaplanowałyśmy wieczór w dość tradycyjnej formie, w naszym stałym pubie na starcie, a ''później się zobaczy". Pamiętacie, jak kiedyś wspominałam, że szukałyśmy tutaj swojego miejsca, swojej knajpy, w której mogłybyśmy się poczuć "jak u siebie" ? Tak się właśnie poczułyśmy, gdy podchodząc do baru nie zdążyłyśmy jeszcze się uśmiechnąć, a barman spytał nas, czy jak zwykle whiskey z colą :) Tak ! Posiedziałyśmy, pogadałyśmy, na koniec z ciekawości sprawdziłyśmy jeszcze jedną knajpę, po czym rozeszłyśmy się do domów, by wypocząć przed wyprawą do NYC następnego dnia.

Miałyśmy mały poślizg czasowy, więc późnym popołudniem dopiero dotarłyśmy do NYC. Już od dłuższego czasu chodziła za nami shisha. Znalazłyśmy więc mega fajną knajpkę na Midtown East i wraz z dwiema Moniami oddałyśmy się niedzielnemu chillowaniu. Jak ktoś bywa, lubi, to polecam Babylon Hookah Lounge - czad ! :) Po wyjściu kolejne życzenie, o którym wspomniałam, zaczęło się spełniać: śnieg . Powędrowałyśmy więc najpierw na Grand Central, by zgarnąć jeszcze brasilian team, a następnie prosto w kierunku Rockefeller zobaczyć w końcu słynną choinkę, lodowisko, światełkowe 'show' również na Rockefeller, a później jeszcze zobaczyć jak świąteczny nastrój wygląda w Bryant Parku :) Klimat jest niesamowity, mnie osobiście chłód nie przeszkadzał, jednak chwilami matka natura dawała chłodem konkretnie po twarzy, zatem po długim spacerowaniu postanowiliśmy weekend zakończyć i wrócić do domów :)

Rockefeller Christmas Tree


Bryant Park

Tyle spełnionych życzeń w zaledwie jeden weekend. Teraz przygotowania do świąt na pełnych obrotach. Dziś robiłam świąteczne zakupy dla mojego Małego z kartą kredytową hostki :D Trochę się obawiałam, czy ze wszystkimi ubrankami trafię w Jej gusta, bo bądź co bądź kwestia ubioru dziecka może być bardzo indywidualną sprawą. Na szczęście zakupowe szaleństwo w jakie wpadłam i ekscytacja między wieszakami z etykietą " BOYS age 1-6" nie poszły na marne, hostka zadowolona, a mój Mały będzie na nadchodzące święta odwalony jak milion dolców :)

Czekają mnie jeszcze przygotowania do wigilii, obiecane krokiety, au pair'owe wigilijne spotkanie u koordynatorki, podwójne urodziny w najbliższy weekend, spotkania z Mikołajem, prezenty, zatem same, miejmy nadzieję, przyjemności. I jedno pytanie, którym męczą mnie wszyscy, na które nadal nie mam(y) sprecyzowanej odpowiedzi : co z sylwestrem ?! Jakie u Was plany na ostatni dzień roku ? :)

Z zasypanego Rockville...

P. :)


7

in love with ... Boston / konkurs!!

Obiecuję popracować nad długością postów... Ja wiem, ja doskonale wiem jak to męczy, jak końca nie widać ;) Rozkminiałam ostatnio, dlaczego na samym starcie z blogiem byłam pewna, że nie będę miała o czym pisać, że w bólu i cierpieniu będę tutaj brnąć słowo za słowem, żeby wyszła z tego jakaś zgrabna całość, a teraz jak przyjdzie co do czego to się rozpędzam i wychodzi spora litania. Bierze się to chyba z tego, że prócz au pairkowego społeczeństwa, garstka bardzo bliskich mi osób czyta tego bloga i jest to nasz główny komunikator. Tym sposobem piszę dużo o swoich uczuciach i emocjach, aby mogli zrozumieć mój przekaz tak, jakbym mówiła im to osobiście. Ale postaram się to kontrolować :)

Święto Dziękczynienia za nami, spędzone w niesamowicie rodzinnej atmosferze. Zostałam mile 'przyjęta do rodziny' przez kolejnych jej członków, a 3 dni bycia ze sobą non stop wcale nas nie zmęczyły, wręcz przeciwnie, zbliżyły nas do siebie nawzajem jeszcze bardziej. W czwartek wcześnie rano wyjechaliśmy z Rockville, by koło południa dojechać do Massachusetts. Jedna rzecz, która mi się bardzo podobała i zastanawiam się,czy to wyjątek, czy rzeczywiście tak jest... Świętowanie zaczęło się już dużo przed samą kolacją i towarzyszyła temu niesamowicie luźna atmosfera. Ja kombinowałam wcześniej w co by tu się ubrać, przy czym okazało się, że moje towarzystwo zasiada do kolacji praktycznie w dresach. Nie było gonitwy, nie było nerwów, nie było tradycyjnego dla nas : 'mieliśmy zacząć godzinę temu !'. Nikt nikogo nie pospieszał, nikt nie szukał na siłę problemów. Nie było sztucznego tłumu w kuchni, każdy na swój sposób się relaksował i tym sposobem naprawdę spędziliśmy niesamowity dzień. Nie mam niestety zdjęcia naszego indora bo zanim zdążyłam pójść po telefon to się już do niego dobrali.
Kolejny dzień spędziliśmy w Bostonie. W zasadzie to w oceanarium, czy jak to tutaj nazywają: aquarium. Nie mogę używać tego określenia, bo czułam się strasznie dziwnie opowiadając mamie, że pół dnia siedzieliśmy w akwarium. No..no nie. Miałam okazję zobaczyć trochę miasta i cóż...zakochałam się:) Nie wiem czemu Boston całkowicie inaczej sobie wyobrażałam, jakiś bardziej zatłoczony, brudny, szary ? Przed wyjazdem kolega mówił mi, że wrócę totalnie zauroczona...i miał rację! Boston jest przepiękny ! Nie mam zdjęć niestety, było strasznie zimno i udało mi się tylko uwiecznić świąteczną choinkę i parę uliczek, a reszta to mój Mały w towarzystwie rybek albo pingwinów :) Ale zdjęć nie robiłam, bo wiedziałam,że kiedyś tam wrócę. Stojąc tam i czując tą magię pomyślałam, że już chyba wiem, gdzie mogłabym spędzić resztę życia :)
Ostatni dzień to w zasadzie pożegnania, podziękowania i powrót do domu. Będę miło wspominać te dni, mimo, iż było to pierwsze, jakiekolwiek święto, które spędziłam w gronie rodzinnym, ale nie swoim.

Aquarium Boston. I pingłiny :)




Mimo, iż był to koniec świętowania, to jednocześnie był to dopiero początek weekendu. W sobotę, jak zwykle zresztą, zaliczyłyśmy z dziewczynami parę knajp na naszej dzielni. Miasto było totalnie zatłoczone ze względu na wracających na Thanksgiving studentów. Chodząc od pubu do pubu skończyłyśmy w miejscu, którego nie lubimy, ale i tak tam kończymy. Kojarzy mi się to zawsze z jedną krakowską knajpą, w której zawsze, ale to zawsze kończyłam...dopóki nie zawaliły się w niej schody :) I tak jest też w naszym tutejszym kaysey's. Nie chcę, ale muszę :) Moje kobiety się porozchodziły, a ja zostałam jeszcze z kumplem na mieście, wróciliśmy razem i tym miłym akcentem zakończyliśmy sobotni wieczór. W niedzielę pojechałam na moje pierwsze NIEudane zakupy tutaj. Atak sklepów na świeżo po Black Friday to jednak nie był dobry pomysł. Przynajmniej nie dla mnie. Aha...i nie uległam szaleństwu zakupów w piątkową noc. Do dziś nie wiem na ile te ceny rzeczywiście schodziły w dół, a na ile to tylko amerykański stereotyp. Może będę tu jeszcze za rok, to się dowiem ;)

Po takim wybiciu ( z i tak dosyć niestabilnego grafiku ) ciężko było nam wszystkim w poniedziałek wrócić do rzeczywistości. Tydzień też dosyć szalony, szczególnie ze względu na ilość birthday parties mojego Młodego, a także coraz więcej świątecznych uroczystości. Wczoraj na przykład wszyscy mieszkańcy zgromadzili się wieczorem w małym parku by zainaugurować świąteczny sezon, zobaczyć po raz pierwszy zapalane na choince lampki i pomachać Mikołajowi. Parę dni temu z Młodym też wybraliśmy się na '10minutowy' spacer w celu oglądania ozdobionych świątecznie domów, a wróciliśmy po 1,5 godziny. Radio mamy już od tygodnia ustawione na stację ze świątecznymi piosenkami, wszystko zaczyna pachnieć mandarynkami i przyprawami korzennymi, a gdy w niedziele rano wyszłam z domu, miałam łzy w oczach gdy zobaczyłam na całej ulicy mieszkańców dekorujących swoje domy w rytm "winter wonderland'' :) Magiaaa ! Uwielbiam to, mam fioła na punkcie świąt, choć kiedyś drażniło mnie to, że wszyscy zaczynają już miesiąc ( albo i więcej ) wcześniej. Drażniło do momentu aż uświadomiłam sobie, że na kilka dni po Bożym Narodzeniu stopniowo wszystko zaczyna znikać, pojawiają się wyprzedaże, wszyscy skupiają się na Sylwestrze i cały ten urok mija. Więc kiedy, jak nie teraz ? I po raz pierwszy w życiu chcę śnieg. Tak, wiem, niedawno narzekałam jak zaledwie w jeden poranek troszeczkę go spadło. Ale naprawdę, brakuje mi śniegu do tego pięknego obrazka.

Mikołaj nie przychodzi tu 6 grudnia, dopiero w okresie świątecznym. Ja jednak sama sobie sprawiłam prezent i już oficjalnie mogę się cieszyć, że 8 lipca będę piszczeć, kwiczeć i rzucać stanikiem na koncercie Michaela Buble. A tak poza tym mam takie małe życzenie, więc jeśli jakiś Mikołaj przypadkiem trafi na tego bloga, to niech pamięta, że ...




Ostatnia rzecz i jednocześnie prośba do Was. Wspomniałam ostatnio o konkursie na best au pair 2013, do którego zgłosiła mnie moja hostka. Jakimś cudem po przeczytaniu tych historii przeszłam dalej i teraz trwa walka o wygraną,jaką jest 500$. Chodzi o zbieranie głosów w facebookowym głosowaniu. Nie macie pojęcia, jak sama tego nie lubię i z jak wielką chęcią anulowałabym to wszystko, jednak 'walka' trwa a nakręciła ją zarówno moja hostka, koordynatorka jak i przede wszystkim znajomi, którzy uwierzyli w to z pewnością bardziej niż ja. Nie mogę wobec tego zostać całkowicie obojętna, zatem i do Was się zwracam, jeśli możecie poświęcić 30 sekund na polubienie profilu AuPairCare ( https://www.facebook.com/AuPairCare?fref=ts ) oraz co najważniejsze zagłosowanie na mnie ( ; ] ) ( https://www.facebook.com/AuPairCare?v=app_602313449829442&app_data=entry_id%3D40974052%26gaReferrerOverride%3Dhttps%253A%252F%252Fwww.facebook.com%252F ). Konkurencja jest ogromna, na chwile obecną mam jakieś niecałe 60 głosów, a dziewczyna, która prowadzi ma grubo ponad 200,ale chociaż spróbuję, dlatego każdy głos się liczy. Z góry dziękuję każdej/każdemu z Was za poświęcenie tej chwilki :)
(edit : głosowanie trwa do 11 grudnia :) )

W tym świątecznym, mandarynkowym nastroju żegnam i życzę miłego weekendu !

P.
8

#driving license #au pair meeting #new place, new friend? #best thanksgiving gift ever !

Cześć.

Mam dzisiaj strasznie dużo do podzielenia się i jestem niemalże pewna, że coś przeoczę. Moja systematyczność kuleje, a ja ogromnie nad tym ubolewam! Starałam się nadrabiać zaległości w czytaniu Waszych postów i odpisywaniu znajomym - chociaż te dwie rzeczy mi się udały i jestem na bieżąco :)

Zeszły tydzień jak zwykle intensywnie, z tą jednak różnicą, że mniej więcej od poniedziałku do czwartku był niesamowicie bezproduktywny. Zbierałam się do mojego prawa jazdy cały tydzień szukając motywacji wszędzie, tylko nie w podręczniku dla kierowców. Ostatecznie pojechałam do ośrodka dopiero w piątek, zostawiając za sobą 4 cudownie zmarnowane dni na powtarzaniu sobie w kółko : muszę się uczyć. 3 lata studiów nauczyły mnie,że warto siąść nad czymś i spiąć dupę, zrobić coś raz a porządnie i mieć święty spokój. Te same jednak 3 lata studiów potwierdziły tylko to, że lubię zwlekać na ostatnią chwilę, więc tak czy inaczej trochę sobie na siebie ponarzekać muszę. Egzamin pisemny już za mną, zdany na 100%. Wielkim wyczynem na pewno nie był, aczkolwiek widząc zestresowanych ludzi z ogromnymi oczami skierowanymi w moją stronę z pytaniem:  "zdałaś ?!", zastanawiam się, czy naprawdę jest dla nich trudny, czy po prostu moje mordowanie się z polskim prawem jazdy tak mnie uodporniło, że teraz już żaden diabeł mi niestraszny (edit : teraz jak czytam raz jeszcze, co napisałam,przyszło mi na myśl,że może po prostu wyglądałam na jakiegoś tępostrzała ? :D ). Czekam obecnie na przejście przez kilkugodzinny kurs, później dodatkowe lekcje jazdy i wyznaczenie daty egzaminu praktycznego. Dla wszystkich zainteresowanych, po ukończeniu już całej procedury i, mam nadzieję, z dokumentem w portfelu, zamierzam napisać post o całej procedurze związanej z wyrobieniem tutejszego prawka, czy trzeba, czy nie trzeba, kto za to płaci, itd. Teraz nie ma sensu, gdyż sama słyszałam milion wersji na ten temat i dopiero na własnej skórze mam przyjemność dowiadywać się jak jest naprawdę. Miejmy nadzieję, że pójdzie to sprawnie i jeszcze w tym roku kalendarzowym uda mi się tą sprawę zamknąć. 

Zadowolona z siebie w piątkowe popołudnie czułam, że mogę wszystko. Czekało mnie tego wieczoru spotkanie z koordynatorką i miejscowymi au pair, ale wiedziałam, że wieczór szybko się nie skończy. Spotkanie mieliśmy w jakiejś pracowni ceramicznej. Musiałyśmy kupić jakąś rzecz, a później naszym zadaniem było własnoręczne udekorowanie jej z możliwością np. napisania dedykacji i podarowania jej później jako prezent dla host dzieci czy rodziców. Pominę, że w zaproszeniu byłyśmy poinformowane o przedziale cenowym tych rzeczy w granicach 7-20$, a po powitaniu na miejscu zaoferowano mi PRZEPIĘKNY wazonik za JEDYNE 48$. Każda z nas czuła się trochę naciągnięta, bo szczerze, nikogo nie interesowało malowanie farbami przez 2 godziny wzorków na ceramicznym bałwanku czy płatku śniegu. Niemniej jednak było już za późno,żeby się wycofać, każda z nas zatem wybrała coś dla siebie i starała się pomalować swoją zdobycz jak najlepiej, żeby nie uprzykrzać sobie wieczoru. Suma sumarum, nie było tak źle, większość dziewczyn już poznałam wcześniej, koordynatorka, mimo, iż słyszę o niej wiele złych słów, mnie osobiście jeszcze niczym nie zaszkodziła, ba! Ostatnio rozmawiałyśmy przez telefon ponad pół godziny o pierdołach. Tak więc wspólnymi siłami uratowałyśmy to nasze au pairkowe spotkanie, które zakończyłyśmy już w mniejszym gronie ...

... W irlandzkiej knajpie, z roześmianymi ludźmi, whiskey, muzyką i dobrą zabawą. Szukałam tu przez 2 miesiące swojego miejsca, swojego pubu, do którego wejdę i przywitam się z barmanem jak z 'kumplem'. Szukałam i było ciężko znaleźć, pojawiając się co chwilę w nowych miejscach, wszędzie będąc traktowana jako 'nowa' i odpowiadając ciągle na te same pytania. Nieraz już z automatu po nieśmiałym ''hi ..." miałam ochotę odpowiedzieć, że jestem z Polski, że tu pracuję i mieszkam, że tak, jak najbardziej enjoy'uję czas tutaj i że w ogóle fuck*n awesome. Na początku to była jedna z najfajniejszych rzeczy tutaj, bycie dostrzeganą przez tutejszych jako 'obca, nowa, nieznana'. Mam nadzieję, że nie brzmi to zbyt próżnie.No, wiecie o co chodzi, najzwyklejsze ludzkie ( w szczególności kobiece ) poczucie bycia zauważoną, docenioną. Z tym niestety trzeba uważać i trzymać odpowiedni dystans. Pamiętajcie, jak my siebie traktujemy, tak inni będą traktować nas. Ale wracając ... Wieczór w Stingers'ie okazał się być bardzo owocny zarówno jeśli chodzi o miłe spędzenie czasu z moimi dziewczynami, jak również nowe, naprawdę fajne znajomości. I wygląda na to, że nie będą to znajomości 'jednego wieczoru' :) Zobaczymy ! W każdym razie w końcu możemy powiedzieć o jakiejś knajpie, że jest 'nasza' i z przyjemnością odczytuję teraz wieczorne wiadomości o treści " our place tonight? ". 

Weekend był najspokojniejszym póki co dotychczas ze wszystkich, które miałam okazje przeżyć na amerykańskiej ziemi.  Sobotę ograniczyłam do wyjścia na kawę ( mimo wcześniejszych planów wycieczki rowerowej nad ocean)  oraz wieczornej imprezy, choć zaliczyć ją mogę do bardziej przeciętnych.  Dopadło mnie ogólnie totalne zmęczenie, wynikające chyba ze zwolnienia narzuconego sobie wcześniej tempa. Mój organizm się buntuje, zwiększona ilość kawy nie działa, oczy się same zamykają, zaliczam popołudniowe drzemki totalnie nieświadomie( a jeszcze w ostatnim poście pisałam, że nie chcę spać popołudniu!), a do tego dziś przeżyłam trzeci w swoim życiu dziwny przypadek, gdy nie mogłam się obudzić mimo, iż bardzo chciałam, w pełni świadoma tego, że leżę na swoim łóżku, że jestem w trakcie drzemki, że zaraz mam iść po małego, że wiem doskonale co się wokół mnie dzieje, mózg pracuje, ale ciało nie odpowiada,  przez co nie mogę się wybudzić, nie mogę się nawet ruszyć i z trudem przychodzi mi oddychanie. Kiedyś zaliczyłam to uczucie do najgorszych, jakie kiedykolwiek przyszło mi doświadczać i po którym wybudzałam się z przerażeniem i krzykiem. Dziś obyło się bez krzyku, ale potwierdzam sobie samej, że to jakaś miażdżąca tortura. Poprzednimi razy działo się to, gdy byłam po prostu zmęczona. No więc mówi to samo przez się. Codzienne wstawanie o 6, późniejsze ostatnio chodzenie spać, imprezowy weekend bez ani jednego dnia dłuższego snu ( nawet jak nie pracuję to budzę się bardzo wcześnie ). Dzisiejszy wieczór rzekomo należy do jednych z najbardziej świętowanych przez Amerykanów. Jest to wieczór poprzedzający Thanksgiving, podczas którego puby, kluby, są pełne! Możecie się tylko domyślać jak bardzo ze mną źle, skoro odpuściłam ;p I mało tego, z przyjemnością myślę o najbliższych dniach, które mają mnie wraz z moją host rodzinką totalnie zrelaksować i pozwolą troszkę zmienić otoczenie.
Wcześnie rano wyjeżdżamy do Massachusetts do rodziny na Święto Dziękczynienia, zostajemy aż do soboty, poświęcając cały piątek na zwiedzanie Bostonu. Cieszę się ogromnie, bo to miasto na mojej liście 'must to do/see'. Plany się nam zmieniały kilkakrotnie przez ostatnie dni, była nawet opcja, że nie pojedziemy nigdzie, w rezultacie jednak, o ile przez noc nic się nie wydarzy, się udało, zatem...Boston, I am coming :) A impreza poczeka ... ;)

I ostatnia rzecz, o której chcę tylko wspomnieć, ponieważ zamierzam poświęcić jej cały kolejny post... Mianowicie : rozterki...rozterki...bardzo dużo rozterek i wątpliwości. 
Im dalej w las, tym więcej drzew. Im dłużej w coś brnę, im bardziej uporczywie staram się znaleźć odpowiedzi na pewne pytania i rozwiać wątpliwości, tym napotykam więcej trudności, które prowadzą tylko do jednego: wielkiego burdelu w głowie, znacznie większego, niż w damskiej torebce.
Część już może wie, że naprawdę intensywnie zaczynam zastanawiać się nad przedłużeniem programu. Równie intensywnie zaczęłam też doceniać to, co mam w Polsce. Mimo odległości spotykam się z taką serdecznością ze strony moich ludzi, odgrzebałam tyle starych, dobrych znajomości, nawet myślenie o Świętach Bożego Narodzenia bez MOICH ludzi wywołało u mnie pierwszy, ale to naprawdę pierwszy raz wzruszenie i chęć bycia w dwóch miejscach naraz. Podniosłam sobie poprzeczkę, jeśli chodzi o marzenia i wiarę w ich spełnienie. Co jednak, jeśli w tym momencie marzę tylko i wyłącznie o tym, by móc zatrzymać czas, mieć wiecznie 22 lata i mieć możliwość być w dwóch miejscach naraz ( albo i więcej, jakby się dało ) ? 
Do moich rozterek w znacznej części przyczynił się list, który przeczytałam dziś, napisany przez moją hostkę. Nie wiem, co ona wymyśliła, najprawdopodobniej jest to jakaś forma konkursu na opowiedzenie swojej historii au pair, oczywiście z perspektywy host rodzica i zgadzałoby się to, ponieważ dostawałam na maila informacje, że coś takiego ma miejsce. Wysłała mi go dziś, jakby nigdy nic. A ja czytając go, dochodzę do siebie nadal i podejrzewam, że będę dochodzić do siebie do końca mojego pobytu tutaj. To były najbardziej zmiękczające serce słowa, jakie dane było mi czytać i które były pisane na mój temat. Nie będę publikować tego tutaj, bo nie wiem nawet, czy mogę,  choć bardzo bym chciała, bo jest to rzecz, którą mogłabym się chwalić teraz godzinami i z przyjemnością wytatuowałabym sobie jej słowa na czole ;)
Jeżeli ktoś ze stałych bywalców ma ochotę poczytać jaką jestem au pair z perspektywy host mamy, to podeślę z przyjemnością. Choć i tak uważam, że to wszystko, co w liście zawarte, to zdecydowanie zbyt wiele.
No, ale ! Zmierzając już do końca i zamykając ten temat na dzień dzisiejszy ... pomyślcie jak bardzo rozdarta czuję się w środku czytając : "(...)I already dread the day she leaves us" i czując, że I already dread the day I leave them .... 

Happy Thanksgiving dla wszystkich 'tutejszych' ! I pomyślnego zakupowego szaleństwa na Black Friday :)

P.
8

weekend/shopping/party/nyc/movie

Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam, że prędzej czy później to się stanie.
Wiedziałam to odkąd po raz pierwszy stanęłam w 'swoim' nowym domu i zobaczyłam drogę do mojego pokoju.
Zastanawiałam się nieraz, czy komuś wcześniej już się to przytrafiło, szczególnie myśląc o moim Młodym, który pokonuje przestrzenie między pomieszczeniami w domu z prędkością światła.
Nie wiem czy ktoś ucierpiał wcześniej, ale na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć jedno : spadłam ze schodów :)
Nie chcę chwalić się siniakiem na całych plecach i w okolicach łokci, więc zdjęcie odpuszczę. Z minuty na minutę póki co zmienia kolor, obecnie z dojrzałej maliny przechodzi w soczystą śliwkę. To efekt kupienia za dużych spodni od piżamy. Ciągle zapominam, że kupując tutejszą M-kę, większość z rzeczy jest za duża. Jak nie w pasie ( ;) ), to na pewno na długość... Zresztą z tym akurat mam zawsze problem, więc to może nie kwestia tutejszej rozmiarówki, tylko mojego wzrostu. Nieważne. W każdym razie, oszukałam przeznaczenie i nagle w ciągu 0,01 sekundy z ósmego schodu wylądowałam na najniższym. Mimo,że jestem sama w domu, to wstałam z podłogi równie szybko jak na nią spadłam, rozejrzałam się wokół jakbym chciała zapewnić wszystkie meble, całą rodzinę hostki spoglądającą na mnie z fotografii na ścianach,a także pluszowego kangura, który zwykle siedzi na kanapie, że nic mi nie jest, wszystko w porządku i to tylko żart. Niestety to nie żart, dawno nie byłam tak potłuczona i pozycja 'na brzuchu' w najbliższych dniach będzie moją ulubioną. Do wesela się zagoi, chyba ...

A tak poza tym to ...

Jeśli budzisz się rano, odczuwasz zmęczenie większe niż zazwyczaj, potrzebujesz co najmniej 10 sek. żeby przypomnieć sobie gdzie jesteś, podnosisz głowę i zauważasz, że pomieszczenie, w którym się znajdujesz przypomina pobojowisko, po czym uśmiechasz się w myślach do siebie i zdajesz sobie sprawę, że to kolejny przyjemny poniedziałek, początek kolejnego cudownego nowego tygodnia twojego życia, a chaos wokół Ciebie to tylko efekt uboczny udanego weekendu, to znaczy, że na imię masz Patrycja, a na nazwisko Żak. Ewentualnie możesz nazywać się inaczej, ale z pewnością jesteś szczęśliwą osobą we właściwym miejscu i we właściwym czasie :)

Każdego dnia bardzo dbam o porządek w swoim pokoju, jestem w tym zdecydowanie bardziej systematyczna i dbam o najmniejszy szczegół bardziej, niż robiłam to w Polsce. Nieraz wyznawałam zasadę 'przewróciło się - niech leży' i w zupełności mi to nie przeszkadzało. Tutaj nieraz nie zdążę jeszcze skończyć jakiejś czynności, a już zaczynam po sobie sprzątać. Jeśli weekend natomiast to spędzenie w pokoju zaledwie 5 godzin snu z piątku na sobotę i 3 godzin z soboty na niedzielę, a poza tym potraktowany jest on jedynie jako przebieralnia i rupieciarnia, to w poniedziałkowy poranek wygląda tak :




No dobra, na zdjęciu nie wygląda aż tak tragicznie, ale w rzeczywistości powoduje lekkie wykrzywienie pewnych partii twarzy.

Niewyspanie ciągnie się za mną od zeszłotygodniowej wycieczki. Nie wiem dlaczego, ale długiej przerwy w ciągu dnia i kilku godzin czasu wolnego jakoś nie mam serca wykorzystać na spanie. Uwielbiam spać, ale jakoś w obliczu tych wszystkich nawet najdrobniejszych czynności, które sprawiają mi tutaj przyjemność, spanie idzie na dalszy plan. Organizm się jednak buntuje, więc być może dzisiejszy wieczór zakończy się dla mnie o godz. 20:00, żeby w końcu się zregenerować. Mimo zmęczenia w piątek postanowiłam wyjść 'na chwilę'. Wiedziałam, że w sobotę rano muszę pracować, więc nie nastawiałam się na szaleństwa, jednak pakując się przed wylotem z Polski spakowałam do walizki również potrzebę copiątkowego chillu w klimatycznej knajpie, z dobrą nutą w tle, chłodnym piwem i miłym towarzystwem :)

Sobotę na pełnych obrotach spędziłyśmy z Monią ( Polką, która niedawno dołączyła do grona au pair w mojej miejscowości ) buszując w sklepach między wieszakami, kosmetykami, zmniejszając ilość środków na koncie w stosunku wprost proporcjonalnym do liczby zamykanych za sobą sklepowych drzwi. Kolejny raz jechałam na zakupy jako au-pair, a wracałam jako au-poor.

Wiedziałam, że tego dnia czeka mnie jeszcze impreza, a w niedzielę NYC, więc słowa : od dzisiaj oszczędzam, zostawiłam sobie dopiero na dziś.

Sobotę więc zakończyłyśmy z Monią i Arletką na miejscowym 'clubbingu'. Dołączył potem do nas kolega. Hm.. ciężko powiedzieć kolega. Bardziej facet, którego poznałam ostatnim razem, nasza znajomość trwała jakieś 2 minuty, po czym został moim ... kierowcą ;) Mimo podtrzymania znajomości nadal nie wiem jak ma na imię. To jest coś, czego w życiu się nie nauczę. Zawsze obiecuję sobie, że w momencie poznawania kogoś włączę wszystkie możliwe lampki w moim pseudo-mózgu, żeby zapamiętać imię nowo poznanej osoby. Zawsze mi się o tym przypomni po fakcie, jak już rozmawiamy i ktoś zwróci się do mnie po imieniu, a ja muszę zadowolić rozmówcę zwrotem bezosobowym. No trudno.

Po powrocie do domu nie zostało mi zbyt wiele czasu na sen. Jak zwykle starając się przejść przez dom najciszej jak się da ( żeby skorzystać z łazienki, a potem dostać się do pokoju muszę przemierzyć cały dom ) narobiłam hałasu i modliłam się, żeby nikt się nie obudził.

Rano cudem zdążyłam na pociąg do NYC. Na nic zdało się moje szybkie prostowanie włosów, pogoda nie do końca nam dopisała, zatem przez wilgoć wyglądałam jak pudel. Z moim stałym ladies składem powłóczyłyśmy się po Manhattanie, zaliczyłyśmy kino ( film The best man Holiday ). Pierwszy raz byłam na filmie, na którym beczałam, a chwilę później się śmiałam. Totalnie zmiksowali wątki tragiczne z komicznymi, przez co wyszłyśmy z sali poryte jak po przejażdżce rollercoasterem. Wieczór zakończyłyśmy w Bryant Parku, obserwując jeżdżących na lodowisku i oswajając się ze świątecznym klimatem. Jestem niezmiernie ciekawa czy tegoroczna zima będzie biała. Marzy mi się choć raz przemierzyć Nowy York podczas świątecznej atmosfery i choć odrobiną śniegu. Zobaczymy :)

Co do zimy, tutaj nie ma reguły. Hostka mówiła, że w zeszłym roku śniegu było dużo, kilka lat wstecz natomiast nie było go w ogóle .

Nowe rozkłady kursów na tutejszych collegach powoli zaczynają się pojawiać, więc pora podjąć decyzję i zacząć odhaczać kredyty. W związku z tym dzisiejszy dzień zamierzam poświęcić na poszukiwania oraz na przygotowania do pisemnego testu na tutejsze prawko. Zbieram się do tego już dobry tydzień, zatem ... najwyższy czas :)

Życzę pozytywnej energii i motywacji na caaaaały tydzień.

Poobijana P. ;)


9

washington.phila.baltimore / 50 days!

Jest czwartek wieczór, a pisanie tego posta rozpoczęłam w poniedziałek.
Zaprawdę powiadam, nie mam zielonego pojęcia kto steruje czasem, ale jak Boga kocham, znajdę go i wsadzę mu te wskazówki w dupę. Proszę mi wybaczyć szczerość, prostolinijność i ubytki w elokwencji. Ten tydzień wygląda dość klasycznie, ale czuje się mniej więcej tak :

 

Jedyną różnicą jest to,że mój mały nie ma smoczka, a ja nie mam korony :) Ale od początku ....

Weekend spędziłam na wycieczce. Moim postanowieniem na starcie było odhaczenie choćby małego procentu rzeczy z mojej listy 'to do' jeszcze w tym roku, mimo nie sprzyjającej już do końca pogody. Skorzystałam zatem z propozycji koleżanek, Sary i Camili i wybrałyśmy się na wycieczkę do Waszyngtonu, Filadelfii i Baltimore. Program był dosyć napięty, wycieczka polegała głównie na odhaczeniu w jak najkrótszym czasie jak najwięcej atrakcji turystycznych. Tym sposobem pierwszego dnia udało nam się zobaczyć Independence Hall wraz z Liberty Bell w Filadelfii. W Waszyngtonie zaczęliśmy od National Air and Space Museum, Madame Tussauds Museum, Lincoln Memorial, Jefferson Memorial, White House (niestety tylko z daleka :( ), Vietnam Veterans Memorial i coś wydaje mi się, że coś pominęłam, ale korzystam w tym momencie z programu wycieczki żeby to jakoś posegregować . Drugi dzień spędziliśmy w jakichś jaskiniach, dokładnie : Virginia's Shenandoah Gaverns (podziemne cudeńka), a w drodze powrotnej do NYC zwiedzaliśmy port w Baltimore. Wycieczkę załatwiałyśmy przez taketours.com ... Sporo au pair korzysta z tej strony, ponieważ często pojawiają się promocje "buy 2 get 3rd free". Tym sposobem wycieczka kosztowała nas 51$. Doliczyc trzeba było jednak wejścia do muzeum ( 2x23$ ) oraz opłata za service ( 7$ za dzień, czyli w sumie 14$ ). Wrażenia pozytywne, jak na zobaczenie tylu miejsc w tak krótkim czasie, zakwaterowanie w fajnym hotelu (śniadanie w cenie), komfortowy autobus oraz całkiem mili przewodnicy. Minusem była ilość Chińczyków, a wiemy jak wyglądają Ich wycieczki : mapki w rękach nawet, gdy są w muzeum, maseczki na twarzach, konserwy w autobusie oraz robienie zdjęć nawet podczas snu :) Nie mam nic do Nich, absolutnie(!), ale po dwóch dniach z anglo-chińskim przewodnikiem miałam serdecznie dość cing-ciang-ciong. Każde miasto ma swój urok i jest warte odwiedzenia, a także poświęcenia znacznie więcej czasu. Mnie zależało na 'odhaczeniu' jak najwięcej miejsc, zatem wycieczkę zaliczam do udanych. Aczkolwiek być może zawitam jeszcze kiedyś do któregoś z nich, już we własnym zakresie, jak starczy chęci i czasu, a z tym drugim to dość kiepsko... :) Jeśli ktoś zamierza korzystać z ich usług i ma jakieś szczegółowe pytania to proszę pisać.

W poniedziałek powitał nas ... śnieg. Tak, od tego zaczynałam właśnie pisać posta w poniedziałek, ale po dzisiejszym powrocie do lżejszej kurtki i okularów przeciwsłonecznych stwierdziłam,że to już nieaktualne, dawno i nieprawda. Śnieg, zimno, zmarznięte ręce i przemoczone buty, a na przystanku z moim małym wyglądaliśmy jak dwa bałwany. Moje kumpele z Brazylii obudziły mnie rano, przyjeżdżając pod mój dom tylko po to, żeby pokazać mi jak się cieszą ( nigdy wcześniej nie widziały śniegu). Już kilka dni wcześniej zresztą mówiły, jak bardzo nie mogą się doczekać. Powiedziałam im wówczas, podczas jazdy pociągiem, że daję im max 4 dni radości. Pan siedzący koło mnie, popatrzył na mnie znużonym spojrzeniem i powiedział : ja im daję 20 minut. No niestety, zima zbliża się wielkimi krokami i pierwsze symptomy mamy już za sobą. Prócz tego ubieranie Młodego do szkoły zajmuje nam dłużej niż zwykle, a do tego pilnowanie czapki, rękawiczek, żeby się nie zgubiły. Poza tym wracając w poniedziałek z siłowni, w słuchawkach Jessie J buczała mi, że czuje się sexy and free, a ja przemoczona, zmarznięta z czerwonym nosem mogłam pozwolić sobie jedynie na to drugie.

We wtorek dla odmiany słoneczko. I przyspieszone tempo, o którym pisałam. Codziennie staram się skoczyć na siłownię, w ciągu dnia mykam do biblioteki, jakieś szybkie zakupy, czasem do banku,żeby zrealizować czek, po drodze kawa, w domu szybkie ogarnianie. Normalnie zostaje mi jeszcze trochę czasu dla siebie, ale w tym tygodniu nie ! Może nie odespałam tej wycieczki, może brakło mi niedzielnego chillu w NYC, ale jestem po prostu...totalnie zmęczona :) Dziś prawie zasnęłam na karate . A propos karate. Instruktorzy dokładają wszelkich starań, żeby mnie zwerbować do ekipy, więc jeśli za jakiś czas wrzucę zdjęcie w biało czarnym kostiumie z tygrysem na plecach to znak, że im uległam ;)

Środa. Środa była dniem kiedy czułam się tutaj jak w domu, bardziej niż u siebie w domu. To niezwykłe uczucie, gdy po jakimś czasie osoby z miasteczka przestają być anonimowe, w sklepie spotykasz sąsiada z naprzeciwka, zaliczasz poranną herbatkę na ploteczkach u kumpeli ( pozdrawiam, Arletka :) ), a w drodze do domu całkiem przypadkiem spotykasz jeszcze inną koleżankę z jej host dzieciakiem. To wszystko sprawia, że nie tęsknie. Nadzwyczaj w świecie nie tęsknię. Może już powinnam, w końcu niedługo miną 2 miesiące jak tu jestem. 2 niezwykłe miesiące, każdy dzień inny, niesamowite emocje i zmiany w samej sobie. Już teraz czuję, że się zmieniłam. Wiem też, że wszystko co tu się dzieje odczuwam mocniej, jakby z podwójną siłą. Bardziej wierzę, bardziej chcę, bardziej działam. Jest pięknie :)

Relacje z rodzinką w porządku. W tym momencie wyglądają one mniej więcej tak :

T: Mom, may I please have an ice cream ?
HM: Ask Paty...
T: Mom, may I please watch that ?
HM: Ask Paty...
T: Mom...?
HM: Ask Paty...

Tak więc...who's the boss now ? :D Uwielbiam ich nad życie :)

Uh, jakoś przebrnęłam przez naskrobanie tego posta. Mam nadzieję, że Wy również :)

Załączam kilka zdjęć, narobiłyśmy ich mnóstwo, ale zostawię tylko namiastkę. Jeszcze jedno, a propos wycieczki. O tej porze roku, gdy dzień jest dość krótki, część atrakcji zwiedzaliśmy niestety już po ciemku, tak więc zdjęcia np. wszystkich memoriali, jak również Białego Domu są strasznie słabej jakości, dlatego też te sobie odpuszczam. A, no i ... akurat jak byłam na kawie z Obamą to padł mi aparat. Telefon mi też padł. Jemu też padł. Tak więc wspólnego zdjęcia nie mamy :(

Weekend się zbliża, plany już się tworzą. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam i sobie pozytywnego końca tygodnia i niezmarnowania ani sekundy ! :)

P.


Phila 
National Air and Space Musem
polsko-brazylijski team
w tle Capitol ...i Niemka

;-)
Najwięcej radości u Madame Tussauds






Baltimore